Wolność odkryta


Okolicę spowiła ciemność, gdy Marta ruszyła w swym czarodziejskim tańcu na spotkanie z przeznaczeniem. Nie wiedziała – jak zawsze – czy ten zabieg nie będzie ostatnim. Nie mogła być pewna tego czy los obdarzy ją kolejnym dniem. Nie poddała się … jeszcze się nie poddała. Osiem długich miesięcy chemioterapii wyniszczyło jej organizm. Pozbawiona swej nadzwyczajnej niegdyś kondycji fizycznej, znacznie wychudzona, z zapadniętymi policzkami, była piękna jak nigdy wcześniej. Stała się silniejsza.

Zawieszona bezwładnie pod sklepieniem kopuły życia, pierwszy raz w swym ponad trzydziestoletnim życiu, odczuwała komfort bycia jedną stopą po stronie wieczności. Nauczyła się wolności. W bólu narodził się największy skarb jakim obdarowała swoje istnienie. Ofiarowała sobie wartość, która pozwoliła jej odważnie walczyć z nowotworem. W tej zażartej batalii kierowała nią radosna pokora poddania się rzeczywistości. Nie myślała o tym „jak długo”, ale „jak” będzie żyć. Czuła się przez to Cesarzową Bytu, jedyną instancją w decydowaniu o tym jak spędzi kolejny dzień, kolejną noc; kolejny, który może być ostatnim. Wreszcie zrozumiała coś, co nazwała sensem szczęśliwego istnienia. Nauczyła się traktować każdy dzień jak ostatni, który przyjdzie jej spędzić w tym zakątku rzeczywistości. Gdyby nie choroba, zapewne dalej podążałaby szlakiem „kobiety sukcesu”, planując z chirurgiczną precyzją wszystkie życiowe posunięcia w perspektywie kolejnych dwudziestu i więcej lat. Kariera zawodowa, macierzyństwo, małżeństwo panowały absolutystycznie przez kilka minionych lat nad jej egzystencją. Ale to już mroczna przeszłość, zakończony etap jej ziemskiej wędrówki. Odkąd leży w Klinice …

Niewielki pokoik; białe ściany, gdzieniegdzie radośnie poplamione czerwono-brunatnym brudem; dwudziestoletni Grundig wciąż irytujący wszystkich swym aroganckim nawykiem wciągania taśmy magnetofonowej w najmniej odpowiednim momencie; lekko pęknięta umywalka; przyciemniony czerwoną chińską kulą blask migocącej żarówki; dwa łóżka … Marta i Julia, od sześciu miesięcy połączone nie tylko wspólnym obszarem codzienności, ale nade wszystko przyjacielską miłością. Jakże różne, a jednocześnie podobne niczym porzucone przed wiekami w różnych stronach globu odłamki tej samej duszy. Marta, rocznik 1973, doktor nauk prawnych, ceniony adwokat, biegle włada czterema językami, matka Eryka i Olimpii, żona Marka – przedsiębiorca, numer 4 na liście najbogatszych Europejczyków; ostatnio odwiedzona przez bliskich sześć tygodni temu, 15 grudnia 2003 roku…

Julia, rocznik 1976, magister psychologii, wolontariuszka w licznych organizacjach, zatrudniona w publicznej przychodni, potrafi rozmawiać z ludźmi i zwierzętami, „matka” dziesiątek osieroconych dzieci, dla których jest kochaną ciocią Julią, od siedmiu lat w szczęśliwym związku z Agą – pielęgniarką w gminnym szpitalu; odwiedzana codziennie…

- Wiesz Julia, zawsze Cię podziwiałam. Jak Ty sobie z tym wszystkim dałaś radę … ?
- Marta, ja jeszcze żyję i mam się całkiem dobrze. Skąd więc to głupie pytanie?
- Jak to? – Marta nie rozumiała co takiego niewłaściwego było w jej pytaniu.
- No wiesz, nie chodzi mi o sens, głuptasie. Nie bądź taka zmieszana. Przecież nic się nie stało. Wiesz, że żartuję. Chodzi mi tylko o to czemu uważasz, że dawałam sobie radę. Rozumiesz, nie wiem skąd w Twoim pytaniu wziął się ten cholerny czas przeszły.
- A o to chodzi. Przepraszam.
- Martuś, wszystko jest w porządku. Po prostu lubię się z Tobą drażnić. Masz wtedy taką cudowną minę. Jak wulkan, który ma za moment trysnąć lawą, tylko wydaje mu się to głupie i niestosowne.
- Słucham?
- No właśnie o tym mówię. Czy Ty zawsze musisz tak bardzo się kontrolować? Już pół roku tłumaczę Ci, że powstrzymywanie w sobie emocji jest pierwszym krokiem na drodze do szaleństwa. Drażnię się z Tobą, by weszła Ci wreszcie w nawyk zwykła ludzka spontaniczność. Rozumiem, że przez te pokręcone studia masz trudniej niż normalny człowiek, na przykład ja …
- O nie, kochana. W tym momencie to już przesadziłaś. Możesz mówić o mnie co chcesz, ale na pewno jestem bardziej normalna niż ty. Znalazła się idealna kobieta. Nie pochlebiaj sobie za bardzo, bo do normalności to Ci jeszcze cholernie daleko, jeśli w ogóle kiedykolwiek byłaś czy będziesz zdrowa psychicznie. Poznałam w życiu kilku psychologów i jedyne co was wszystkich łączy to fiksacja w waszych głowach. Większość z was idzie na te studia, by się wyleczyć, ale potem – z wiekiem – jest z Wami coraz gorzej …
- Wow! No chodź tu, niech Cię uściskam.
- Wypchaj się !
- Jak nie, to nie. Sama do Ciebie przyjdę. Uwaga, samolot linii lotniczych „Lesbos Air Travel” nadlatuje. Do lądowania na lotnisku „Santa Marta” pozostało jeszcze pięć, cztery, trzy, dwa, jeden … Wrrrr …

- A co tu się dzieje, miłe panie ? Powinnyście się wstydzić. Takie stare, a takie głupie. Pani Julio, proszę natychmiast wrócić do swojego łóżka. W przeciwnym razie będę zmuszona powiadomić Agnieszkę. że zaleca się pani do innej kobiety. – Siostra Aurelia była kochaną starszą damą. Jako córka przedwojennych ordynatów reprezentowała w sobie ten specyficzny archaiczny stosunek do świata zewnętrznego w ramach sprawdzonych, wielowiekowych zasad. Nie mniej pełna była tego specyficznego babcinego ciepła, którym obdarzała wszystkich naokoło w promieniu kilkudziesięciu metrów. Dlatego też nikt nie brał na poważnie gróźb siostry Aurelii. Stanowiły one raczej porcję słodyczy, której w Klinice wszyscy tak bardzo łaknęli.
- Przepraszamy, siostro Aurelio ! – odkrzyknęły niemal jednocześnie Marta i Julia w przerwie między kolejnymi fazami napadu śmiechu, jaki ogarnął je tradycyjnie jak w trakcie każdego popołudnia. W takich chwilach te dwie dorosłe, ciężko doświadczone przez los, kobiety mogły poczuć się znowu jak kilkunastoletnie dziewczęta spiskujące za plecami rodziców w akcie próbowania smaku pierwszego papierosa.
- Pani Marto, proszę się uspokoić – rzekła siostra Aurelia. – Przyszłam tu po panią! Proszę się natychmiast ubrać. Idziemy na zabieg.
Te słowa zawsze brzmiały jak wyrok. Jeszcze kilka miesięcy temu Marta reagowała na nie spazmatycznym płaczem. To Julia nauczyła ją z pokorą znosić kolejne dawki chemioterapii, którą wtłaczano w nią z kroplówki. Dzięki Julii, zrozumiała, że to tylko mały kamyk cierpienia w kamieniołomie ludzkich tragedii. W takich chwilach jak ta, przypominała się Marcie pierwsza poważna rozmowa jaką Julia przeprowadziła z nią na ten temat.
- Kochana, nie martw się kroplówką. Wiem jak to boli, mdli, osłabia. Sama to przechodzę. Ale jednocześnie wiem, że ten ból to tylko chwilowa namiastka prawdziwego cierpienia, które jest udziałem milionów ludzi. – Tak Julia rozpoczęła rozmowę, która kilka miesięcy temu zaczęła odmieniać uporządkowane dotąd życie Marty. – Tak się składa, że jestem psychologiem. Nie leczę sfrustrowanych bogaczy, których martwi spadek akcji na giełdzie, ani bandy kretynów, których głównym zmartwieniem jest to, że ich dzieci nie chcą być popularne, piękne i bogate. Unikam takich ludzi, gdyż nikt nie jest w stanie im pomóc. Tylko oni sami, gdy los postawi ich przed wyzwaniem, którego przebrnięcia nie ułatwią ani pieniądze, ani uroda, ani sława, mogą kiedyś poznać naturę życia. Ja pomagam innym ludziom.
- Nie rozumiem. A co to wszystko ma wspólnego ze mną ? – Marta bała się przyznać, że jest właśnie jedną z osób, o których mówi Julia. Bogata, nastawiona na sukces, planująca życie sobie i bliskim, brzydząca się spontanicznością. Taką była do tej rozmowy.
- Widzisz, Marto. czasami należy pokonać bolesny szlak, by poznać prawdziwą twarz egzystencji, by odpowiedzieć sobie co jest tak na prawdę ważne w życiu, by poznać siebie. Kiedyś nie różniłam się zbytnio od osób, którymi dzisiaj gardzę. Choć nigdy nie byłam ani piękna, ani bogata, ani tym bardziej sławna, to chciałam taka być. Pragnęłam stać się kolejnym trybikiem w tej – jak mi się wówczas wydawało – machinie szczęścia. Gotowa byłam wyrzec się wszystkiego w co tak naprawdę głęboko wierzyłam, własnych pasji i wartości, by być Kimś. I gdyby nie przypadek byłabym pustą damą z wiecznie upudrowanym nosem, kryjącą za wachlarzem bogactwa pustkę duszy i serca.
- O czym ty mówisz ?
- Mówię o tym, że spotkałam Agę. Początkowo miała być chwilową miłostką, kolejną kobietą w poczcie moich kochanek. Poznałam ją stosunkowo konwencjonalnie jak na lesbijkę, poprzez ogłoszenie w internecie. Kiedy weszłam na stronę z jej ogłoszeniem wiedziałam, że muszę ją mieć. Mieć w moim łóżku… Była jedną z tych nielicznych odważnych dziewczyn, które publikowały w sieci swoje zdjęcia. Piękna, wysoka brunetka z cudownie obfitymi piersiami. I te oczy, lazurowy błękit. Szukała dziewczyny na stałe, ale pomyślałam, że nic się nie stanie jeśli zaliczę ją zanim jakaś konkurentka mnie uprzedzi i zagarnie na zawsze. Długo nie zwlekając, udało mi się z nią spotkać. Ale było inaczej niż planowałam. Choć w rzeczywistości wyglądała jeszcze lepiej niż na internetowej stronie, to nie jej wygląd zaczął mnie absorbować ponad miarę, ale aura, którą wytwarzała wokół siebie. Spotykałyśmy się kilka tygodni i choć pragnęłam znaleźć się z Agą w sypialni, coś mi na to nie pozwalało. Zrozumiałam, że to Miłość. Wpadłam jak śliwka w kompot. Zakochałam się, choć tego nie chciałam. Pragnęłam wolności, niczym nieskrępowanej egocentrycznej swobody. Gdy miałam już wyznać Adze, że jest moim słońcem i nie chcę oddychać powietrzem, w którym nie czuć jej zapachu, ona zadzwoniła do mnie w środku nocy informując, że rano leci do Namibii.
- Jak to do Namibii? Mówiłaś, że Aga jest pielęgniarką. Trochę ekscentryczne miejsce wybrała sobie na wakacje, biorąc pod uwagę jej status materialny.
- Też tak sobie pomyślałam, odkładając słuchawkę. – odrzekła rozbawiona Julia – Ale wkrótce okazało się, że Aga poleciała do Namibii jako wolontariuszka jakiejś ONZ-owskiej agendy. Jako pielęgniarka znająca dość dobrze angielski, udała się tam, by pomagać dzieciom zarażonym HIV.
- Wiesz, nie mam nic przeciwko ludziom zarażonym tym podłym wirusem, ale to chyba niebezpieczne być młodą, białą pielęgniarką opiekującą się zainfekowanymi dziećmi w Afryce? Dla mnie to głupota.- zareagowała Marta
- Dla mnie też nie było to zbyt rozsądne postępowanie, tym bardziej, że w głowie zdążyła już mi zaświtać promienna perspektywa wspólnej przyszłości z Agą. I wiesz co zrobiłam?
- Nie mam pojęcia. Ja na twoim miejscu starałabym się zapomnieć o kretynce, która najpierw mnie w sobie rozkochała, a potem pojechała ratować dzieci na drugi koniec świata.
- Ale ja pierwszy raz w życiu kochałam. Dwa dni później, po załatwieniu wszystkich urzędowych formalności, spałam z Agą na słomianej macie w szpitalu misji ONZ w Rundu.
- Co ?! – Marta nie mogła uwierzyć w to czego słucha. – Poleciałaś za nią do Namibii?
- Tak! – odpowiedziała radośnie Julia – I pierwszy raz w życiu byłam naprawdę szczęśliwa. Zostawiłam wszystko za sobą. Dopiero co rozpoczęte studia, rodzinę, znajomych. Poleciałam na rok do Afryki i jedyne co wiedziałam to ogrom miłości, która po raz pierwszy zamieszkała w moim sercu. Tam, w tej małej kilkunastotysięcznej namibijskiej osadzie rodziła się moja wolność. Ja tam przyszłam na świat. Nowa Julia…
- Julia z buszu – roześmiały się obydwie.
- Coś w tym jest. – odpowiedziała Julia – Wbrew pozorom, w dziczy, która jest stanem pierwotnym, łatwiej odnaleźć prawdziwy sens naszego życia niż w meandrach drobnomieszczańskich konwenansów tzw. cywilizowanego świata. Tam ujrzałam prawdziwe cierpienie, poznałam ból, o którego istnieniu nie zdawałam sobie sprawy. Widziałam dzieci, nawet kilkumiesięczne, które nie mogły być pewne jutra. Ich oczy, szkliste półmroki, które stawały się kamieniami. Radość topniejąca w kałuży cierpienia.
- Biedne dzieci, takie niewinne. Zaraziły się śmiertelną chorobą mimo, że nie zrobiły nic złego. Nawet jeśli miały szerzyć zło, nie zdążyłyby jeszcze nawet zacząć. To wina ich egoistycznych rodziców. Są gorsi niż mordercy, których bronię w sądach. Nigdy …
- Wiem co chcesz powiedzieć. Uwierz mi, gdybyś tam była… Gdybyś poznała tych ludzi, nikomu nie odmówiłabyś pomocy. Trudno Ci w to teraz uwierzyć, ale ja wiem, że byłabyś ich adwokatem.
- Adwokatem diabła … – odrzekła sarkastycznie Marta.
- Nie, to nie tak. Zapewne trudno ci to teraz zrozumieć, równie trudno byłoby mnie, gdybym nigdy nie poleciała do Namibii. Ludzie, których tam spotkałam, a których tak łatwo potępiasz, mają więcej wspólnego z prawdziwym sensem życia niż ty czy ja.
- A cóż jest tym sensem, którego nie znam, a odnaleźli go ci, którzy w szale seksualnych uniesień skazali na zatracenie własne dzieci? W czym twoi ludzie z buszu są bardziej ludzcy od nas?
- Marto, oni się nie boją. Dzięki temu są wolni. Nie mają w sobie nic z zepsucia naszej zachodniej cywilizacji. Ich skarbem, którego nie zdołały odebrać im kolonialne potęgi, ani najgorsze choroby jest szacunek, którym obdarzają naturę. Pokora z jaką godzą się na życie, z jaką chcą żyć.
- Przepraszam cię, ale czegoś chyba nie rozumiem. Czy chcesz mi powiedzieć, że hedonizm, prostactwo, bezmyślność to przymioty prawdziwego człowieka? Bo jeśli taki katalog cech powinnam spełniać, byś uznała mnie za żyjącą w wolności, to cieszę się swoim zniewoleniem. – Marta nie poddawała się.
- Ależ skąd. Mówisz tak, bo się boisz. Boisz się nawet pomyśleć o tym, że możesz być wolna. Bronisz się przed pragnieniem zrzucenia kajdan. Jesteś częścią pewnego systemu, w którym za cenę konformizmu zdobyłaś prawo do swoistego komfortu psychicznego. Myślisz, że jesteś szczęśliwa. Ale to tylko projekcja twojej wyobraźni. W przeciwieństwie do ludzi, których potępiasz, jesteś pełna obaw. Jesteś więźniarką lęku. Gdybyś nie miała dostępu do prezerwatyw nigdy nie zdecydowałabyś się na seks. Boisz się. Jedyną osobą, z którą decydujesz się na stosunek bez gumki jest twój mąż. Robisz tak, choć się boisz.
- A co ty możesz o tym wiedzieć? Przecież jesteś …
- Nie bój się. Powiedz to!
- Jesteś lesbijką, nie wiesz nic o seksie z mężczyzną. – odpowiedziała rozdrażniona Marta.
- Mylisz się. Wiem o tym więcej niż ty i większość tobie podobnych kobiet.
- Nie rozśmieszaj mnie! A co ty takiego wiesz ?
- Wiem wszystko to, co wie molestowana przez wiele lat dziewczynka… – na twarzy Julii pojawiły się łzy.
- Przepraszam, nie wiedziałam. Przepraszam … – Marta nigdy jeszcze nie czuła się tak zażenowana.
- Już dobrze. Nic się nie stało. Oczywiście, że nie wiedziałaś. Skąd mogłaś to wiedzieć? Na szczęście, ludzie nie noszą takiej informacji wypisanej na ich twarzach. To było dawno temu, trwało kilka lat.
- Nie musisz mi o tym mówić – Marta nie wiedziała jak zareagować. W świecie konwenansów, które tak ochoczo uprawiała, temat ten był najgłębszym pokładem tabu. – Naprawdę, nie musisz …
- Ale chcę. Powinnaś to wiedzieć, by mnie lepiej zrozumieć. Trwało to kilka lat. Co noc przychodził do mojego pokoju na piętrze. Mieszkaliśmy w dużym domu pod miastem. Żyliśmy skromnie, ale – przynajmniej wtedy tak mi się wydawało – szczęśliwie. Uchodziliśmy za wzorową katolicką rodzinę, zawsze razem w pierwszej ławce kościelnej nawy. On był szanowanym lekarzem-pediatrą. Wszyscy mówili, że nie ma drugiego takiego mężczyzny na świecie, który z taką pasją uprawiałby swój zawód niczym ewangeliczną misję. Zawsze miał czas dla swoich pacjentów. Stworzył specyficzny język porozumiewania się z dziećmi, który uczynił go Dr Dollitle świata młodych ludzi. Przez kilka pierwszych lat adorowałam go, byłam dumna z takiego ojca. Potem nie wypadało mi go krytykować. Gdy wreszcie zrozumiałam, że ból jaki odczuwałam każdej nocy między nogami nie był efektem nocnych koszmarów, ale rzeczywistej obecności mojego ojca w najbardziej skrytych zakamarkach dziewczęcego ciała, znienawidziłam go. Upokorzył mnie na resztę życia, odebrał młodość, radość dojrzewania, zapach wiosny …
- Czemu nikomu nie powiedziałaś? Miałaś przecież kochającą matkę – przerwała jej Marta.
- Początkowo nie rozumiałam co się działo z moim ciałem. Wydawało mi się, że jestem chora psychicznie, a w swojej imaginacji stworzyłam nierealną wizję ojca-potwora, który przychodzi co noc do mojego łóżka, by położyć się na mnie, a następnie – zakrywając dłonią moje usta – włożyć narząd swej męskości w przestworza mego zbyt wcześnie straconego dziewictwa. Gdy zrozumiałam, że to nie sen, ale brutalna prawda o ukochanym ojcu, bałam się, że nikt mi nie uwierzy. I miałam rację. Gdy po pewnym czasie przełamałam swój lęk i wyznałam prawdę matce, ta wygnała mnie z domu, nazywając bezwstydną dziwką, chcącą zniszczyć życie szlachetnemu bohaterowi baśni jej życia. Tak naprawdę moja matka całe życie kochała tylko siebie. Być może wiedziała o seksualnych upodobaniach swego męża, ale wolała zapewne by urzeczywistniał fantazje na poddaszu własnego domu ze swą córką, niż ryzykował w nieprzyjaznym otoczeniu zewnętrznym. Ponad wszystko w życiu ceniła sobie drobnomieszczański spokój, realizując zasadę „czego ludzie nie mówią, tego nie ma”. Wiem co sobie myślisz. Zastanawiasz się pewnie czy gdybym nie była molestowana w dzieciństwie przez ojca, zostałabym mimo to lesbijką. Ale wiesz co, dla mnie jest to nieistotne. Dla siebie samej odkąd tylko sięgam pamięcią jestem lesbijką i …
- Ale ja cię rozumiem. Nie musisz się przede mną tłumaczyć. Jeśli chodzi o mnie, jestem pewna, że to co zrobił ci twój ojciec nie miało wpływu na twą orientację. Jeśli tak by było, ja też powinnam być lesbijką. Rozumiesz … ?
Julia nie kryła zdziwienia. – Czy chcesz przez to powiedzieć, że ty też przeszłaś w dzieciństwie to samo piekło ?
- Tak, choć nie był to mój ojciec.
- A kto? – zapytała Julia.
- Kochanek matki, który tak naprawdę spotykał się z nią tylko po to, by odurzyć ją alkoholem, a następnie wykraść się do mojej sypialni.
- Długo?
- Kilka tygodni. Miałam wtedy dwanaście lat.

Ta rozmowa je odmieniła. Choć zdawały się tego jeszcze nie dostrzegać, stawały się sobie coraz bliższe. Mimo tego wszystkiego co tak bardzo je różniło, rozpoczęły wędrówkę ku źródłu prawdy. Szczególnie dla Marty ta droga była wtedy jeszcze długa, trudna, najeżona licznymi trudnościami. Bała się, że zostało jej tak niewiele czasu. Ale lęk stawał się z każdym dniem coraz słabszy. Zaczął ustępować miejsca spontanicznej radości cieszenia się każdym dniem. Bo to może dzień ostatni … Każda rozmowa z Julią przybliżała ją do osiągnięcia wolności. Jak ta sprzed kilku tygodni, gdy całkiem niespodziewanie zapytała się Julii:
- A tak właściwie, to jak wy żyjecie? To znaczy ty i Aga? Może wyda ci się to głupie, ale nie znałam dotąd żadnej kobiety, o której bym wiedziała, że jest lesbijką. I dlatego pytam …
- Co chcesz dokładnie wiedzieć? – uśmiechnęła się Julia.
- Która z was jest mężem, a która żoną? No wiesz, która z was jest bardziej męska i …
Nie wiedzieć czemu, obydwie wybuchły jednocześnie salwą śmiechu. To był ten ich pierwszy – rzadki w Klinice – napad szalonej śmiejącej się radości.
W końcu Julia powiedziała:
- To taki trochę na siłę wydumany stereotyp. Tak naprawdę każda z nas ma w sobie zarówno coś kobiecego, jak i męskiego. Podobnie jak ty i każda inna dziewczyna. To społeczeństwo, w którym żyjemy każe nam być banalnie prostymi, męskimi lub żeńskimi; nic pośrodku. A tak naprawdę nasza natura jest złożona bardziej niż ktokolwiek jest w stanie sobie to wyobrazić. Katalogowanie, charakteryzowanie zbiorowości nie ma sensu, gdyż tworzy pożądane przez wrogów wolności kategorie ludzi normalnych, normatywnie poprawnych i tym podobne. A każdy kto ma odwagę odejść od dominującego wzorca kulturowego nazywany jest zboczeńcem, nienormalnym, czy szaleńcem, a więc jednostką społeczeństwu co najmniej zbędną. My z Agą jesteśmy takimi szalonymi nonkonformistkami. Liczy się dla nas nasze wspólne szczęście w miłości, a jednocześnie pomagamy tym, od których odwrócił się świat. Nauczyłyśmy się tego w Afryce. Tam byłyśmy podwójnie nienormalne: białe lesbijki wśród czarnej heteroseksualnej większości. – Julia ogrzała pokój swym najpiękniejszym z uśmiechów. Ilekroć wspominała pobyt w Namibii emanowała niemożliwą do opisania radością.
Mimo to – kontynuowała z pasją – pomagałyśmy tym ludziom, którzy – wierząc pseudoakademickim twierdzeniom – powinni nas wyszydzać, nienawidzić, pragnąć naszej śmierci. Odnalazłyśmy tam na szczęście inną rzeczywistość. Stan zbliżony do ideału pierwotnej natury, w którym o wartości człowieka decyduje nie to ile żyje, ale jak żyje; nie to jak bardzo zniewala swego partnera, ale to jak bardzo ceni jego i swoją wolność w miłości; nie to ile zdobył, ale jak zdobył. To wszystko dostrzegłyśmy w kraju pogrążonym w śmiertelnej epidemii, od którego odwróciła się reszta świata. Nic nie jest w stanie ograniczyć wolności ludzi szczęśliwych. Wolność to najcenniejszy skarb Afryki, przechowywany przez tamtejsze ludy. Nawet lęk przed śmiercią nie jest w stanie odebrać tym ludziom radości z kolejnego ofiarowanego dnia.
- Wiesz – przerwała jej Marta – kiedyś uważałam, że to co mówisz jest urojeniem chorej psychiki. Ale wreszcie zrozumiałam o jakiej wolności mówisz. Leżąc w Klinice, każdy z nas boi się śmierci. To największy ze znanych mi stanów niepokoju, paraliżujący większość ludzi, których spotkałam w życiu. Bojąc się nie robimy nic. Podczas, gdy ludzie z buszu robią wszystko. Kiedyś myślałam, że to co mówisz jest apoteozą hedonizmu. Teraz wiem, że jest wyłącznie uosobieniem wolności, której nic nie powstrzyma.
- Ludzie, których spotykałam w Afryce chcieli uprawiać bezpieczny seks, ale tam praktycznie nie można dostać prezerwatyw, a jeśli już są w miastach lub na lokalnych targowiskach, to stać na nie tylko najbogatszych. Kiedyś zaczepiłam starego pasterza; zapytałam go czy nie przeraża go, że młodzi ludzie kochają się bez żadnych zabezpieczeń. Jego odpowiedź na długo zapadła mi w pamięci: ” Jestem dumny z tych młodych ludzi. Oni pokonali lęk przed śmiercią. Nie ryzykują życia, by kogoś zabić; ryzykują je, by dać sobie i innym radość płynącą z wolności.”
- Żałuję w życiu wielu rzeczy. Zmarnowanych lat studiów, które poświęciłam tylko i wyłącznie na naukę. Zawsze chciałam być adwokatem. Chciałam bronić ludzi słabych, wykorzystanych, niesłusznie oskarżonych. Żałuję tego kim się stałam – adwokatem malwersantów, gwałcicieli, zimnokrwistych morderców, skorumpowanych biurokratów. Pieniądze miały dać mi wolność. W rzeczywistości zniewoliły mnie. – Marta z goryczą wspominała swoje życie. – Miałam być dobrą matką. Stałam się chłodną, wyrachowaną księgową czasu własnych dzieci. Nigdy z nimi nie rozmawiałam. Ja im tylko rozkazywałam. Kochałam męża. A właściwie chciałam kochać. Dopiero będąc w Klinice zdałam sobie sprawę jak niewiele dla siebie znaczymy. Przez sześć ostatnich tygodni nie znalazł wolnego dnia, który mógłby spędzić ze mną tutaj, gdy go tak bardzo potrzebuję. Właściwie to nie jego potrzebuję, ale kogoś kto istnieje. Kogoś z kim łączyłaby mnie miłość. Już tak dawno nikogo nie kochałam. Popełniłam największy występek przeciwko ludzkości – zabiłam miłość. Tak bardzo go kochałam…
- Masz rację. Zabiliście waszą miłość, gdy staliście się dla siebie katami wolności. My od powrotu z Namibii żyjemy w zgodzie z naturą. Jesteśmy dla siebie wzajemnie filarami wolności. W tym tkwi sekret wciąż kwitnącej naszej miłości.

- Tak naprawdę, najbardziej żałuję czegoś zupełnie innego.
- Czego ? – zapytała z zaciekawieniem Julia.
- Tego, że zaczęłam żałować dopiero teraz. Klinika nie jest chyba najlepszym miejscem na takie przemyślenia. Tu jest na nie o wiele za późno. Boję się tylko, że moje dzieci zagubią się w tym świecie hipokryzji i nie odbiorą ode mnie lekcji życia, którą tak bardzo chcę im teraz przekazać. Tylko nie wiem jak… Nie wiem jak dotrzeć do nich, by uchronić ich przed losem, który stał się udziałem ich matki. Tego żałuję najbardziej …

W końcu siostrze Auerelii udało się ubrać Martę i zawieść ją starą windą towarową na drugie piętro Kliniki Ostatnich Dni. Doktor Kraft, obejrzawszy wcześniej kartę chorej, powiedział jej to na co od miesięcy czekała: „Nie wiem czy pani mnie słyszy, ale muszę panią poinformować, że chemioterapia w pani przypadku nie może być dłużej kontynuowana. Przykro mi …”. Chciała zapytać się ile zostało jej jeszcze czasu. Zanim jednak trafiła do hospicjum straciła już mowę. Rak mózgu dokonał ogromnego spustoszenia w jej organizmie już wiele miesięcy temu. Podobnie było z Julią. Mimo to, sobie tylko znanym sposobem, ostatnie sześć miesięcy spędziły na nieustannych rozmowach, których nikt poza nimi nigdy nie usłyszał.
„Czarodziejki cichego słowa” – tak siebie nazywały, kpiąc sobie, że nikt ich nie słyszy. Ciesząc się wspólnie odkrytą wolnością, przestały się bać. I wcale nie czekały bezczynnie na śmierć. Nigdy się nie poddały. To śmierć czekała na nie … W końcu przyszła. Odeszły cicho dla świata; przechodząc na drugą stronę wieczności w ostatniej wspólnej symfonii śmiechu.

Rafał Kownacki
Le Papillon

Autorzy:

zdjęcie Rafał Kownacki

Rafał Kownacki

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 81; nazwa: RafałKownacki

5 komentarzy do:Wolność odkryta




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa