Tajemnice warszatatu wróżki


„Drzwi chaty babci Weatherwax otworzyły się same.
Jarge Tkacz zawahał się. Oczywiście, jest przecież czarownicą. Ludzie uprzedzali go, że takie rzeczy się zdarzają. Nie lubił tego. Ale nie lubił też swojego krzyża, zwłaszcza kiedy krzyż jego nie lubił. Nie jest łatwo, gdy atakuje człowieka jego własny kręgosłup.

Wszedł wolno, krzywiąc się i podpierając dwoma laskami.

Czarownica siedziała w fotelu na biegunach, odwrócona plecami do drzwi.

Jarge wahał się.

- Wejdź, Jarge Tkaczu – odezwała się babcia Weatherwax. – Dam ci coś na ten twój bolący grzbiet.

Szok sprawił, że Jarge spróbował się wyprostować, a to z kolei spowodowało wybuch czegoś rozpalonego do białości w okolicach krzyża.

Babcia Weatherwax przewróciła oczami i westchnęła.

- Możesz usiąść?

- Nie, psze pani. Ale mogę upaść na stołek.

Babcia wyjęła z kieszeni fartucha niewielką czarną buteleczkę. Potrząsnęła nią energicznie. Jarge szerzej otworzył oczy.

- Miała to pani już gotowe?

- Tak – potwierdziła szczerze babcia.

Już dawno pogodziła się z faktem, że ludzie oczekują czegoś lepkiego i dziwnie zabarwionego. Choć to nie lekarstwo załatwiało sprawę, ale raczej – w pewnym sensie – łyżka.

- To mieszanina rzadkich ziół i różnych takich – wyjaśniła. – W tym sukrozy i akwy.

- Coś takiego… – Na Jarge wywarło to spore wrażenie.

- A teraz łyknij solidnie.

Wykonał polecenie. Lekarstwo smakowało trochę jak lukrecja.

- Wypijesz jeszcze łyk wieczorem, zanim pójdziesz spać – tłumaczyła dalej babcia. – A potem trzykrotnie obiegniesz kasztan.

- …trzy razy kasztan…

- I jeszcze… Połóż sosnową deskę pod materac. Ale to musi być deska z dwudziestoletniego drzewa. Nie zapomnij.

- …dwudziestoletnie drzewo… – powtórzył Jarge. Uznał, że powinien dodać coś od siebie. – Żeby te bolące węzły z grzbietu przeszły do deski? – próbował zgadnąć.

Babcia spojrzała na niego z podziwem. Był to niezwykle pomysłowy element ludowych przesądów, wart zapamiętania na późniejsze okazje.

- Właśnie tak.

- I to wszystko?

- A chciałeś czegoś więcej?

- Bo ja… no… myślałem, że będą tańce, śpiewy i takie różne.

- Załatwiłam wszystko, zanim przyszedłeś – uspokoiła go babcia.

- Coś takiego… No tak. A tego… Chodzi o zapłatę…

- Och, nie chcę zapłaty – zapewniła. – Branie pieniędzy przynosi pecha.

- Aha. Rzeczywiście. – Jarge rozpromienił się.

- Ale może… Gdyby twoja żona miała jakieś stare ubrania, to noszę rozmiar 12, czarne w miarę możliwości. Albo gdyby akurat piekła ciasto, byle bez śliwek, bo mam po nich wzdęcia, albo odstawiła gdzieś trochę miodu na przykład. A może akurat będziesz bił świnię, najbardziej lubię od karku, czasem trochę szynki albo raciczki… Właściwie cokolwiek, co nie będzie ci potrzebne. Ale to nie obowiązkowe. Nie chciałabym narzucać ludziom żadnych obowiązków tylko dlatego, że jestem czarownicą. Jak tam w domu, wszystko w porządku? Nikomu nic nie dolega, mam nadzieję…

Patrzyła jak zaczyna rozumieć.

- A teraz pomogę ci wyjść za próg – powiedziała.

Tkacz nie był pewien, co właściwie się stało. Babcia, zwykle tak pewnie stąpająca po ziemi, teraz jak gdyby potknęła się o jego laskę i upadła na plecy ciągle trzymając go za ramiona. A potem jej kolano uniosło się jakoś i trafiło w pewien punkt na krzyżu, ona skręciła go w bok, coś kliknęło…

- Auuu!

- Przepraszam!

- Moje plecy! Mój krzyż!

Mimo wszystko, myślał potem Jarge, już się chyba starzeje. Pewnie jest trochę niezgrabna, a zawsze była nieuważna. Trzeba jednak przyznać, że robi świetne wywary. I jak szybko działają…

Zanim dotarł do domu, niósł obie laski pod pachą.

Babcia obserwowała go, kręcąc głową.

Ludzie są tacy… ślepi, myślała. Wolą wierzyć w bzdury niż w kręgarstwo.

Oczywiście, bardzo dobrze, że tak jest. Niech rozdziawiają usta ze zdumienia, że wie, kto się zbliża do jej chatki. Jakoś nikt nie zauważył, że okna dogodnie wychodzą na zakręt ścieżki. A co do skobla w drzwiach i sztuczki z kawałkiem czarnej nici*…”

* To nie znaczy, że siedziała przy oknie i patrzyła. Dokładała do ognia, kiedy wyczuła, że zbliża się Jarge Tkacz. Ale przecież nie o to chodzi. [1]

Między nami mówiąc…

Każdy chciałby wiedzieć, że właśnie jemu się powiedzie, że bez względu na okoliczności przetrwa burze, przeciwności losu i zakończy swoją podróż przez ten wymiar z uśmiechem na ustach. Od wieków ludzie szukają odpowiedzi na pytanie jak być szczęśliwym. Wszelkie wyrocznie i znachorzy cieszą się więc powodzeniem, bo towarem, którym handlują jest nadzieja. Im wyższa cena przepowiedni, czy usługi, tym większą wiarę pokłada klient w skuteczność otrzymywanej pomocy. Gdzieś głęboko w naturze ludzkiej zapisany jest szacunek dla wszystkiego, co uzyskuje się z trudem.

Darmowa wróżba to żadna wróżba. Trochę jak horoskop z gazety. Człowiek przeczyta, pośmieje się, przez chwilę pamięta, a potem zapomina – a przecież nie chodzi o to. Mała rozrywka dla relaksu, która nic nie kosztuje, albo przynajmniej niewiele kosztuje. Niestety jednak prawdziwym celem wróżenia jest nakłonienie desperata do refleksji nad sobą i własnym życiem, a nie dostarczanie mu chwili zapomnienia lub nic nie wnoszącego do sprawy przyjacielskiego klepania po ramieniu. Wszystkie wieszczki i czarownice o tym wiedzą, więc ustalają często niebotyczne ceny, które mają odstraszać dowcipnisiów, a ściągać tych naprawdę potrzebujących.

Cena, czy wręcz haracz nie musi wcale oznaczać brzęczącej monety, ale zawsze jest tak samo interpretowana – trzeba się wykupić od losu. Są wiedźmy, które nie biorą za swoje usługi nawet przysłowiowego złamanego szeląga, a i tak ich „usługi” są w pewien sposób opłacane. Czasami to jest datek w naturze, czyli kopa jajek, wybielenie chałupy, albo dobre słowo. Częściej jednak ceną staje się lęk lub nawet nabożny szacunek dla czarownicy i jej umiejętności.

Każdy, choćby nie wiem jak wyluzowany, zdystansowany i nie wierzący w „te całe wróżkowe bzdury” przed przekroczeniem progu gabinetu cudów odczuwa nieokreśloną suchość w gardle i nierzadko stwierdza, że trzęsą mu się dłonie. Wtedy stopień desperacji klienta łatwo daje się poznać już po pierwszym uściśnięciu ręki.

Doradzanie nowoczesnymi metodami, jak maile, czy wszelkiej maści infolinie też pozwalają na wysondowanie klienta już po pierwszych kilku słowach. Człowiek to bardzo skomplikowana maszyneria, składa się nie tylko z ciała i duszy, ale również z wielkiej chmury czegoś, co z braku lepszego określenia można by nazwać energią.

Przychodząc do wróżki przynosimy ze sobą własne kłopoty i rozterki zawieszone w osobistej aurze niczym bombki na choince bożonarodzeniowej. Wrażliwa osoba, bez względu na to, czy para się predykcją, czy też nie, jest w stanie czasem tylko jednym rzutem (trzeciego) oka wychwycić niuanse i powody niepokoju interlokutora.

Taki stan rzeczy oczywiście nie ma kompletnie nic wspólnego z magią. Ludzie są jak naczynia połączone. Wszyscy podlegamy podobnym emocjom i lękom. Wnikanie w cudzą psyche jest niczym więcej jak tylko odnajdywaniem punktów stycznych i umiejętnym ich interpretowaniem.

W tym fachu, jak w żadnym innym, no może poza prestigitatorstwem, potrzebna jest nie tylko odrobina czaru i tajemnicy, ale cały ocean przytłaczającego od pierwszej chwili autorytetu wróżącej. Ludzie lubią wierzyć, że czarownica posiada MOC, że jej słowa i rady działają same w sobie, że psychologia nie ma z tym wiele wspólnego. Walka ze stereotypem takiego myślenia nie ma więc sensu na dłuższą metę.

W dobie rozwoju nauki i techniki na polu wieszczenia niewiele się zmienia. Co prawda na półkach księgarskich pojawiają się pozycje, których celem jest ośmieszanie lub dyskredytowanie astrologii, kartomancji, homeopatii i wszelkich innych para dziedzin, ale praktyka pokazuje, że skutek podobnych prac jak najbardziej naukowych pozostaje niewielki.

Społeczeństwo potrzebuje wiary w cuda, czegoś, co mogłoby działać jak nieszczęsna brzytwa podawana tonącemu. Do tej pory pamiętam co usłyszałam na pierwszym wykładzie z astrologii u Leszka Weresa. Opowiedział nam tytułem wstępu, że jako doktorant matematyki (bodaj) stosowanej wziął sobie za punkt honoru udowodnienie, że astrologia nie działa. W efekcie przez szereg lat był największym autorytetem w Polsce w tej dziedzinie i nadal tylko tym się zajmuje, na dobre porzucając karierę akademicką.

Bo w tym całym wróżeniu „coś jest”. Nie tylko magia chwili, dobra wola wróżącego, pomocna dłoń i pokrzepiające słowo. Szereg predykcji wbrew logice i zdrowemu rozsądkowi sprawdza się w wielu procentach i to nawet poza zjawiskiem samo sprawdzającej się przepowiedni, bo często wróżka nie mówi wszystkiego, a jednak te niedomówienia czas wciela w życie.

Pozostaje jednak otwartym pytanie czy warto zaprzątać sobie głowę przepowiedniami, czy nie lepiej by było świadomie dzierżyć ster własnego życia i nie zaglądać za zasłonę czasu? Wolny wybór jest przecież wszystkim co dane jest nam z urodzenia. Nadzy się rodzimy i nadzy odchodzimy, wolna wola jako stan umysłu to często jedyny nasz skarb i udając się do wróżki właśnie z tego skarbu – pozornie przynajmniej – rezygnujemy.

Wbrew pozorom odpowiedź jest bardzo prosta. Nikt nie jest w stanie odebrać nam NAS, więc cokolwiek zostanie powiedziane, czy napisane w formie jak najbardziej nawet przekonującej przepowiedni nadal może pozostać bez wpływu na nasze życie. Nie ma więc znaczenia, czy czarownica lub znachor są hochsztaplerami, czy szarlatanami, to od nas zależy jak dalece zechcemy dawać wiarę otrzymywanym zapewnieniom o przyszłym szczęściu. Jednym słowem, nikt nie jest w stanie nas oszukać, jeśli nie będzie w nas potrzeby bycia zwodzonymi. To my wszak jesteśmy tymi, którzy wcielają wróżby w życie.

Jak się to ma do homoseksualizmu?

Za każdym razem, kiedy przychodzi mi stawiać karty osobie o skłonnościach homoseksualnych borykam się z rodzajnikami. „Ta osoba cię kocha, z tą osobą będziesz szczęśliwy/a” i tym podobne stanowią zazwyczaj najbezpieczniejszy grunt. No bo przecież nigdy do końca nie wiadomo. Wiele gejów i lesbijek lubi powtarzać, że są homoseksualni z wyboru, a nie przymusu, więc walenie kawę na ławę nie wiedzieć czemu potrafi takie osoby oburzać. Zupełnie jakby musiało istnieć nieokreślone bliżej wyjście awaryjne, coś w rodzaju tylnej furtki umożliwiającej powrót do świata – tak zwanego – normalnego.

Przytrafiło mi się kilka razy podczas wróżenia zadeklarowanym gejom, że kiedy z moich ust padało – „staniesz przed wyborem, jakaś kobieta będzie robiła wszystko, żeby cię usidlić, ale oczywiście pan iks ją wysadzi z siodła” – na dźwięk słowa „oczywiście” pan gej się oburzał. Bo przecież „gdybym tylko chciał, mógłbym dać szczęście kobiecie, ale nie chcę – na razie przynajmniej”.

Być może rzeczywiście homoseksualizm to tylko kwestia wolnej woli i preferencji mózgu, a nie ciała. Nikt tego nie dowiódł, ani temu jak dotychczas nie zaprzeczył. Walka wewnętrzna osób z mniejszości seksualnej jest ewidentna i nie mi rozstrzygać jak powinien wyglądać spokojny żywot szczęśliwej lesbijki, czy geja. Nie istnieją reguły, którymi można by opisać ewentualne drogi ku samozadowoleniu, każdy dochodzi do tego sam – oby tylko nie samotnie.

Mam jednak wrażenie, że tak jak z wiarą we wróżby jest i z wiarą w wolny wybór stylu życia hetero lub homoseksualnego. Całe sztaby naukowców mogą się nad tym głowić latami, jak pan Weres w dziedzinie astrologii, podejmować się – na polu preferencji seksualnych – udowadniania, że „zmysł homoseksualny” nie istnieje i wszystko jest tylko kwestią wolnego wyboru. Jednak mimo temu podobnych wysiłków gdzieś głęboko pozostanie (bardzo dobrze) ukryte i nienazwane „coś”, co będzie powodowało, że tak wróżby jak i skłonności wszelakiej maści będą nadal działały i to poza logiką.

Są tacy, którzy nie poddadzą się presji samo sprawdzających się przepowiedni – choćby nie wiem jakie szczęście wieszczyły. Będą też tacy, którzy na dowód, że w ich naturze nie ma genu homoseksualizmu (bo są gejami, czy lesbijkami li tylko z wyboru) skorzystają czasem z tylnego wyjścia ku jakiemuś nieokreślonemu „normalnemu” życiu.

Zdaje się więc, że nasz jedyny skarb – wolna wola – działa na różne sposoby. Wolność wyboru może stanowić drogowskaz ku spełnieniu, albo szlaban uniemożliwiający osiągnięcie zadowolenia w życiu. Wszystko jest zależy od nas, a więc i od kosmicznego prawa, które głosi, że w życiu zawsze dostajemy dokładnie to (nic ponad ani poniżej), na co zgodnie z nasza wiarą zasługujemy i żadna wróżka, psycholog, czy naukowiec tego nie zmieni.

Reasumując – na pytanie jak osiągnąć szczęście należałoby chyba powiedzieć, że czasem warto dać się uwieść czarom wróżek, czy magii znachorów, a czasem przeciwstawić się ich mocy. Najważniejsze jest pozostawanie w stanie permanentnej szczerości wobec samego siebie. Oczywiście dźwiganie wstydu wywołanego innością na tle większości bywa trudne i może popychać w stronę podejmowania działań niezgodnych z naszą prawdziwą naturą. Nie warto jednak takiego stanu rzeczy ani oceniać, ani tym bardziej potępiać. Każdy chce być kochany i jeśli nie jest w stanie odnaleźć bratniej duszy wśród tych, do których go ciągnie najbardziej, nie ma się co dziwić, że ból samotności pcha go nieodmiennie do pozostawionego za sobą dawno temu tylnego wyjścia w murze wolnego wyboru.

Nie ma się też co wstydzić istnieniu potrzeb ulegania czarom, magii, czy tajemnym mocom czarownic. Bywa wszak, że rezygnacja z wolnej woli staje się jednym skutecznym sposobem na odnalezienie światełka w tunelu.

[1] „Maskarada” – Terry Pratchett – Pruszyński i S-ka, 2003.

Autorzy:

zdjęcie Szara

Szara

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 5; nazwa: Szara

2 komentarzy do:Tajemnice warszatatu wróżki




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa