Pod kasztanem

Gałęzie targane wiatrem uginały się ciężko nad głową Marcina. Obserwował taniec liści z zaciekawieniem. Ostatnio rzadko mógł sobie pozwolić na wypoczynek, więc teraz rozciągnięty na skrzypiącym leżaku usiłował cieszyć się chwilą spokoju. Kiedyś obaj bardzo lubili przesiadywać w tym miejscu. Latem często organizowali sobie kolacyjki we dwoje pod starym kasztanowcem. Karol często powtarzał, że takim dwóm prykom jak oni coś się nareszcie po latach należy od życia, choćby to miały być tylko posiłki pod gołym niebem.

Marcin nigdy nie należał do spokojnych. Nie potrafił usiedzieć w jednym miejscu nawet pięciu minut. Niewiele potrzeba było, żeby go wyprowadzić z równowagi. Karol dobrze go znał, często powtarzał, że kontakt z przyrodą łagodzi obyczaje. Miał swoje sposoby na temperowanie Marcinowej zadziorności. Tym bardziej, że z wiekiem Marcin wcale nie stawał się spokojniejszy. Nie miał już nastu, ani nawet dziestu lat, właśnie dobiegał pięćdziesiątego dziewiątego krzyżyka, a nadal zdarzało mu się trzaskać drzwiami, czy bić szklanki w napadzie złości. Wtedy ratowały go z opresji – cisza ogrodu i nieoceniony spokój Karola, który w jakiś niewyjaśniony sposób zawsze wiedział jakim słowem uda się wygasić w przyjacielu nagłą gorączkę.



„Będzie mi go brakowało” – pomyślał Marcin i natychmiast tego pożałował. Obiecywał sobie, że nie będzie się zastanawiał nad nieobecnością Karola. Stworzył coś na wzór misternego planu. Postanowił do ostatniej chwili bronić się przed prawdą. Chciał jeszcze chociaż przez kilka godzin móc udawać, że usłyszy jego głos, albo zobaczy zgarbioną sylwetkę, profil pochylony nad stołem kuchennym, jak zawsze z wielkim nożem do szatkowania w ręku. Karol przecież tak dobrze gotował, jak można by chcieć o tym zapomnieć? Po prostu się nie da.



Marcin przesunął wzrok ponad gałęzie kasztanowca i zapatrzył się na pędzące po niebie chmury. Znowu dokuczała mu rwa kulszowa. To przez wilgoć i ciągłe chłody zaczynał powoli odczuwać na różne sposoby uroki swojego wieku. Szczególnie przy takiej pogodzie, jak tego lata. Jeszcze rok wcześniej nie przeszkadzałoby mu, że ciągle mży i wieje, ale w zaistniałych okolicznościach smutek nieba źle mu się kojarzył, a ból w biodrze irytował bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.



Marcin od lat większość codziennych czynności wykonywał na wolnym powietrzu, czyli w swoim ukochanym ogrodzie. Nie wiedzieć kiedy przywykł do kaprysów często zmieniającej się aury. Nie przeszkadzały mu deszcze, ani wiatry. Nauczył się radzić sobie przy każdej pogodzie, jednak jego organizm najwidoczniej właśnie to lato wybrał sobie na okazanie buntu. Do starych dolegliwości dołączył się jeszcze dokuczliwy ucisk w piersiach, który nie dawał Marcinowi spokojnie oddychać od kiedy… ale przecież miał o tym nie myśleć. Postanowił zaczekać tak długo, jak się tylko da, więc należało być twardym. Nie bez powodu Marta, jego rodzona siostra, wytykała mu często ośli upór, czy wręcz bezduszność wobec samego siebie. To był dobry moment na wypróbowanie osławionej silnej woli, przecież jeszcze tylko kilka godzin i będzie po wszystkim. Gdyby tylko myśli nie rozłaziły się na boki jak niesforne dzieciaki i to właśnie teraz, kiedy przyszłość przestała jawić długą wygodną autostradą do nieba.



Najmniejsza myśl o Karolu przyprawiała Marcina o nieprzyjemny zawrót głowy i powodowała ucisk żołądku. Żal mieszał się ze strachem nie dając chwili odpoczynku. Nigdy nie był egzaltowany, a jednak miał wrażenie, że jedna za drugą, jak morskie bałwany, dzikie emocje rozbijały się o pokiereszowany brzeg jego pogody ducha. Zaczynało mu brakować siły na ciągłą walkę o pozory spokoju, więc tym razem pozwolił łzom po prostu płynąć.



O dziwo, ból w piersiach prawie natychmiast zelżał. Może nadszedł wreszcie czas na poddanie się, na odpoczynek od bycia twardym i nieczułym za wszelką cenę? Zgrywanie prawdziwego mężczyzny musiało mieć przecież swoje granice. Tak naprawdę – w głębi serca – nigdy nie czuł się cierpkim brutalem, ani nawet stanowczym samcem, więc po co się wysilać na nikomu już niepotrzebne pozory? Kogo obchodziło, że podstarzały gej w – być może – ostatnich dniach życia został na dobre sam? Kto chciałby zwracać uwagę na jego rozgoryczenie i ból po stracie?



Uśmiechnął się smutno pod nosem. Nadal pamiętał okoliczności dzięki, którym poznał Karola. To były zupełnie inne czasy, niemal inna epoka. Teraz młodzi mają łatwiej, mają Internet, telewizję i jej wolność obyczajów. Ale wtedy nie było tak łatwo, w tamtych czasach nie mówiło się głośno o ludziach takich jak on, bo to był wstyd, hańba i jedno wielkie zboczenie. Żadna rodzina nie przyznałaby się do takiej czarnej owcy. Wiecznie pod górkę, bez perspektyw na otwarte przeżywanie szczęścia, czy choćby spokój za zamkniętymi drzwiami. Zdarzało się, że każdy kolejny dzień przypomniał zmaganie. Jakby nie patrzeć obaj z Karolem mieszkali w bardzo małej miejscowości, co prawda na peryferiach głównego nurty życia, bez rzucania się zbytnio w oczy, ale i tak wytykali ich palcami, szeptali za plecami. Mały dom z dala od innych był wszystkim na co mogli liczyć i cieszyli się tym jak umieli.



Aż trudno uwierzyć, że to było całe trzydzieści trzy lata temu, kto by pomyślał. Przez chwilę Marcin usiłował ogarnąć w wyobraźni miniony czas. Całe wieki temu, a on nadal dokładnie pamiętał jak sobie pierwszy raz podali rękę i spojrzeli w oczy. Znowu uśmiechnął się nieznacznie. Rycerzyk, tak go Karol nazywał w żartach. Przyjaciel od zawsze mu powtarzał, że jest niepoprawnym romantykiem i facetem o gołębim sercu. „Zobaczysz, ludzie cię zniszczą jeśli nie przestaniesz być taki dobry” – przestrzegał żartobliwie. A przecież nie dzieliła ich wcale taka znowu duża różnica wieku, Karol nie był ani twardszy, ani bardziej szorstki od niego.



Spotkanie z Karolem zaskoczyło Marcina. Marta nie uprzedziła, że przyprowadzi kogokolwiek na jego dwudzieste szóste urodziny. To było bardzo niedługo po tym kiedy jej się w ostatecznie przyznał, że nie ciągnie go do kobiet. Był zmęczony udawaniem i ciągłym uciekaniem przed nagabywaniami rodziców, żeby się ożenił, ustatkował i spłodził drużynę piłkarską. Nie miał na to wszystko ani czasu, ani ochoty, ani niestety odpowiednich predyspozycji. Pogodził się z tym kim lub czym był i chciał jakoś przeżyć życie, a oni tymi swoimi pytaniami tylko mu w kółko przypominali, że nie jest jak inni, że nie będzie miał nigdy wnuków, ani normalnej rodziny, że jest inny – może nawet chory. To nie było przyjemne, więc powiedział siostrze, żeby sobie ulżyć i zyskać sprzymierzeńca. Chciał mieć choć jedną osobę po swojej stronie, pomocnika w tworzeniu iluzji, że jest normalny. Marta wydała mu się najbardziej godna zaufania i nie pomylił się.



Wcześniej zdarzało się, że pod naporem srogich spojrzeń mamy godził się na wypady w towarzystwie wynajdywanych mu nie wiadomo skąd panien. Zabierał je do kina, potem na kawę, żeby na koniec grzecznie odwozić do domu i żegnać uściśnięciem dłoni. Zawsze po takich randkach, wracając kolejką do siebie na wieś, zastanawiał się czy już zawsze będzie musiał kłamać, kręcić lub udawać chorego. Oczywiście żadna z młodych dam jakoś nie była w stanie mu przypasować, zresztą potrafił bardzo skutecznie zniechęcać je wszystkie do siebie. Rodzice załamywali ręce, a on zwykle przez jakiś czas po takiej eskapadzie zyskiwał odrobinę spokoju.



Po latach musiał przyznać, że na jego gust to kobiety mają niesamowity instynkt do takich jak on – odmieńców, zupełnie jakby czuły, że z tym panem to dzieci nie będzie. W jego karierze niedoszłego Don Juana tylko raz zdarzyło się, że pewna daleka kuzynka uparła się ucapić go na dobre i właśnie przy tej okazji nie wytrzymał wtajemniczając siostrę w swój wstydliwy sekret.



Marta naprawdę dobrze to przyjęła. Nie mógł wprost uwierzyć kiedy mu powiedziała, że od dawna go podejrzewała. Przecież zawsze był bardzo skryty, nigdy nie dawał nikomu powodów do poczytywania jego zachowań za nietaktowne, czy nachalne, a ona jednak się poznała. Jak? Kiedy? Kobiety dla Marcina na zawsze pozostały tajemnicą, z rodzoną siostrą na czele.



Wspólnie wymyślili bajeczkę dla rodziców. Marta niby to w tajemnicy doniosła im, że kochany brat jest impotentem, co zniechęca go bardzo skutecznie do żeniaczki. No bo po co ma unieszczęśliwiać jakąś uczciwą kobietę, która mogłaby zamiast kaleki mieć porządnego chłopa w domu o lędźwiach jak się patrzy.



Początkowo rodzice próbowali coś przebąkiwać o adopcjach, o sierotach, ale szybko dali za wygraną, kaleka to kaleka, trzeba umieć szanować czyjeś nieszczęście. Nareszcie po dwudziestu sześciu latach mógł odpocząć i skupić się na pracy. Jeszcze na studiach pogodził się z perspektywą samotności, więc to akurat najmniej go przerażało. Lepsze było kawalerskie życie, niż szukanie pokrewnej duszy po lokalach dziwnego autoramentu.



Marcin był skromnym człowiekiem wychowanym w tradycji katolickiej i nie lubił światowego życia. Dobrze radził sobie jako ogrodnik, ale kontakty z ludźmi mu jakoś nie wychodziły. Nie lubił wszystkich tych słów, którymi określano jemu podobnych mężczyzn. Było w tych nazwach coś obraźliwego, śliskiego i pełnego nieprzyjemnych podtekstów. A on przecież był zwyczajnym facetem. Lubił chleb z białym serem i czosnkiem posypany świeżym tymiankiem. Uwielbiał jednoroczny miód spadziowy i gorzką czekoladę. Nie rozumiał dlaczego miałby ginąć na stosie tylko dlatego, że wiedział kim jest i nie uważał tego za zbrodnię, przecież nikomu krzywdy nie robił, nikogo do niczego nie przymuszał.



Karol urodził się kilka wsi dalej. Marta poznała go na studiach, bo oboje kończyli Technologię Żywienia na SGGW. Podobno już na pierwszym roku stało się jasne, że Karol jest z tych, co nie randkują z dziewczynami i nikt z tego powodu mu nie dokuczał. Marcin podejrzewał nawet, że to właśnie Karol naprowadził jego siostrę na trop skłonności brata. Po latach był mu za to wdzięczny, jak i za całe mrowie innych rzeczy.



Marcin lubił grabić liście nawet przy niepogodzie, właśnie tym sposobem się wtedy przeziębił, co o mały włos nie skończyło się zapaleniem płuc. Jak tylko Marta dowiedziała się o jego niedyspozycji, postanowiła pomóc mu na gospodarstwie dopóki nie wydobrzeje, a ponieważ właśnie zbliżały się jego urodziny, zapowiedziała, że przywiezie mu prezent. Do głowy by mu nie przyszło co tak naprawdę mogła mieć na myśli. Nie tylko się zdziwił, ale prawie zezłościł, kiedy przyprowadziła ze sobą nieznajomego gładko ogolonego chłystka o wymizerowanej sylwetce. Tylko tego mu było trzeba, żeby go jakiś obcy chłopak oglądał rozgogolonego w nie zaścielonym łóżku, z gorączką i czerwonym nosem.



W pierwszym odruchu poczuł się oburzony nieodpowiedzialnym zachowaniem siostry. Jakby nie patrzeć od roku była zaręczona z Szymonem, nie uchodziło, żeby w tajemnicy przed całą rodziną zjeżdżała do brata w towarzystwie jakiegoś obcego mężczyzny. Odetchnął z ulgą dopiero, kiedy Marta wytłumaczyła mu, że Karol jest jej kolegą ze studiów, który obiecał wyręczać jej chorego brata w pracach polowych, póki nie wydobrzeje.



Marta urządziła wystawną kolację, był tort, spokojna muzyka i dużo śmiechu. A potem nagle się ulotniła, nie wiedzieć kiedy wyparowała jak dym. Marcin, pochłonięty bez reszty dyskusją z Karolem, nie od razu zauważył jej nieobecność. Dopiero kiedy Karol zabrał się za noszenie naczyń do zlewu i zakasał rękawy do zmywania, Marcin uświadomił sobie, że są od dobrej chwili sami.



W towarzystwie Karola czas bardzo szybko mijał. Chudy i bardzo długi brunet miał niesamowitą zdolność skupiania na sobie uwagi. Znał całe mnóstwo ciekawych historyjek i miał godną pozazdroszczenia zdolność opowiadania. Prawdziwy gawędziarz, tak właśnie Marta mu go przedstawiła z dziwnym przekąsem w głosie. „Na pewno się dogadacie” – dodała tajemniczo. Po latach Marcin rozumiał co dokładnie mogła mieć wtedy na myśli.



Ilekroć Marcin wspominał tamten wieczór, zawsze nieodmiennie czuł ten sam dreszcz ekscytacji. Pamiętał dokładnie jak zakręciło mu się w głowie, kiedy jego gość z nieprawdopodobną lekkością stwierdził: „Marta wspominała, że obaj płyniemy tą samą łódką przyjacielu. To wiele ułatwia, nie sądzisz? Właściwie od razu możemy sobie darować udawanie i podchody.”



Nie od razu zamieszkali razem. Karol przyjeżdżał, wyjeżdżał, trochę pomieszkiwał, żeby znowu wracać do miasta lub w wakacje najmować się do stołówek należących do Wczasowego Funduszu Pracy. Aż po dwóch latach takiej tułaczki uznali obaj, że Karol powinien na dobre osiąść w Krąbielkowie i pomagać Marcinowi w prowadzeniu gospodarstwa. A potem to już jakoś poszło, rok za rokiem w zdrowiu i chorobie wspólnie spędzili trzydzieści przeszło lat.



Obaj unikali wielkich słów. Chyba tylko raz zdarzyło się, żeby między nimi padło głośno wypowiedziane słowo „kocham”, ale przecież byli mężczyznami, a miłosne wyznania to babska domena. Teraz Marcinowi było trochę przykro, może powinien był częściej mówić Karolowi ile dla niego znaczył. Można było bardzo wiele rzeczy, póki był na to czas, ale kto by przypuścił, że chudzielec nagle postanowi zrobić coś takiego? A teraz nic się już nie dało zmienić, czy odkręcić. Zgodnie ze swoimi groźbami stary uparciuch zawinął się pierwszy zostawiając Marcina z całym ogrodowym bałaganem całkiem samego.



Jakby do wtóru niedopowiedzianej złości Marcina, wiatr głośniej zaszeleścił gałęziami kasztanowca. Straszy mężczyzna wzdrygnął się od przeszywającego chłodu. Nie czuł się dobrze. Rwa kulszowa coraz bardziej zaczynała mu dokuczać, ale mimo to nie chciał jeszcze wracać do domu. Pod drzewem czuł się bezpieczniej, tam mu się lepiej myślało. A przecież miał teraz nad czym się zastanawiać. Został sam i należało się wreszcie zacząć z tą myślą godzić.



Karol nigdy nie chorował, w przeciwieństwie do Marcina, cieszył się naprawdę dobrą kondycją i wiecznie młodą sylwetką. Mógł zjeść niewyobrażalne ilości pierogów własnego wyrobu i nie przytyć od tego ani deka. Nie palił i bardzo rzadko pił, a mimo to niespodziewanie z dnia na dzień zostawił przyjaciela i bez słowa ostrzeżenia umarł na zawał. Marcin nie potrafił mu tego żadną miarą wybaczyć.



Wiatr zawył gdzieś daleko między drzewami, pomarańczowe słońce wolno znikało za horyzontem. Marcin opatulił się zabranym z domu kocem i westchnął boleśnie. „Będę za nim okropnie tęsknił” – pomyślał z coraz wyraźniej odczuwanym żalem – „nie mógł zaczekać choćby jeszcze do moich urodzin, przecież to tylko miesiąc?” Zza jego pleców dały się słyszeć ciche kroki. Marcin drgnął nerwowo i obejrzał się w stronę domu. Lekko kiwając się na boki, Marta szła w jego kierunku z trzymanym w ręku kubkiem.



- Pomyślałam, że nie powinieneś dziś w nocy być sam – powiedziała z łagodnym uśmiechem i usiadła na drewnianej ławce kilka kroków od niego.

- Dziękuję – bąknął zaskoczony – nie słyszałem jak wchodziłaś.

- Furtka była uchylona.

- Dziwne – szepnął Marcin. – Pamiętam, że ją zamykałem.

- Zrobiłam sobie kawę, jeśli nie masz nic przeciwko – siostra oparła się o blat stołu ogrodowego i odstawiła parujący kubek. – Pewnie zmarzłeś, może wrócisz już do domu, siedzisz tu już ze dwie godziny…

- Naprawdę? – poprawił się z lekkim zająknięciem. – Już tak późno?

- Ułożyłam kwiaty w gościnnym i wyprasowałam ci garnitur na jutro – pochyliła się nieznacznie w jego kierunku i dodała konspiracyjnym szeptem – Karol nigdy by mi nie darował gdybym nie przypilnowała cię w takim dniu.

- Pewnie masz rację, zawsze przywiązywał wagę do szczegółów – Marcin z westchnieniem uniósł się na leżaku i zaczął rozwijać koc – za zimno na siedzenie pod gołym niebem. To nie na moje lata. Wejdźmy do domy zanim się pozaziębiamy.

- Słusznie – Marta dźwignęła się z cichym jękiem i sięgnęła po kubek z kawą. – Przynajmniej nie cierpiał – dodała nagle.

- On nie, ale ja tak i nie wybaczę mu tego łatwo – wtrącił z nagłą goryczą. – Kochałem tego starego capa – dodał niespodziewanie dla samego siebie.

- Tak, jak i on ciebie – Marta uśmiechnęła się łagodnie.



Zaskoczony Marcin spojrzał na nią jakby chciał o coś spytać, ale ugryzł się w język. Siostra milczała cierpliwie czekając aż Marcin stanie na nogach. Złożył koc i wzruszył ramionami.

- Nigdy mi tego nie mówił – powiedział pociągając nosem. Marta znowu się uśmiechnęła i biorąc brata pod rękę skierowała w stronę domu.

- Ale to było widać, głuptasie – powiedziała kiedy już mieli wchodzić na ganek.

- Tak sądzisz? – Marcin spojrzał na nią spode łba. Miał bardzo czerwone oczy i zmęczony wyraz twarzy.

- Nie sądzę tylko wiem – odpowiedziała stanowczo.




Marcin uśmiechnął się z wdzięcznością i przepuścił ją w drzwiach. Nikt nie wyszedł im na spotkanie, ale to już nie było takie straszne. Czas szybko mijał, każde rozstanie miało to do siebie, że kiedyś dobiegało kresu, wystarczyło poczekać, a w tym przecież obaj z Karolem byli naprawdę świetni, właśnie w czekaniu.

Autorzy:

zdjęcie Szara

Szara

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 5; nazwa: Szara

3 komentarzy do:Pod kasztanem

  • Gość

    [Re: Pod kasztanem]

    Czasem zapominamy może, że i nas czeka starość…

    Tekst może odrobineczkę… odrobineczkę… ociupinkę grafomański, ale jakiż ciepły. Dzięki :) .

    Uschi

  • Szara

    [Re: Pod kasztanem]

    Miał być taki…

    nie ma za co.

    :-)

  • Gość

    [Re: Pod kasztanem]

    Ogólnie b. ciekawe opowiadanie.
    Nie chcę się czepiać, ale słowo „dwoje” oznacza kobietę i mężczyznę, a nie dwóch mężczyzn, a w takim właśnie kontekście autor(ka) użył(a) tego słowa.
    Ver’del




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa