- homiki.pl - http://homiki.pl -

Misio

Posted By PTT On 25 sierpnia 2004 @ 00:00 In Kultura | 3 Comments


- Nie jestem kormoranem. Nie odlecę. – popatrzył na mnie i położył mi dłoń na policzku.

Jezioro przed nami parowało i falowało, zmuszając do tańca połyskliwe, żółte grzybienie i chmary komarów unoszące się nad zieloną wodą. Kemping opustoszał w porze śniadania, więc wyszliśmy na drewniany pomost. Usiedliśmy obok siebie. Objęci na te pól godziny pozbawionej ciekawskich oczu. Wciąż jeszcze nie miałem tyle odwagi co on i za dnia trzymaliśmy się z dala od reszty wczasowiczów.

- Nie odlecisz, nie odlecisz…- pokiwałem głową – tylko jak długo wytrzymasz jeszcze z tchórzem ?


- Nie jesteś tchórzem. Jesteś tylko mało asertywny. – przytulił się mocniej – ale to można wyleczyć – zachichotał w moje ramię.


Woda w jeziorze była gorąca jak zupa. Nie miałem ochoty kapać się w tej zawiesinie.


- Pojedźmy na basen. – rzuciłem.


Podniósł głowę i wyprostował się. Kiedy staliśmy sięgałem mu do polowy głowy.


No cóż, był starszy i wyższy.


- Mam lepszą propozycję – powiedział – Jutro twoje urodziny, więc spakujmy się i wracajmy do domu. Tu jest nie do wytrzymania.


- Nie przypominaj mi – warknąłem – trzydzieści lat….straszne…


- No, no panienko. Nie zapominaj, że ja mam to od jakiegoś czasu za sobą i jakoś nieźle się czuję…- zrobił groźną minę.


- Bo ty jesteś niezniszczalny. – stwierdziłem krotko, co było zgodne z prawdą.


Zawsze i wszędzie, wszyscy mówili, ze to ja jestem starszy. Bo mój ukochany wyglądał po prostu od lat tak samo. – To mnie się pojawiły ostatnio zmarszczki. – poskarżyłem się.


- Gdzie ? – nachylił się nade mną – szukam i szukam i jakoś nie widzę…głuptasie.


- Bo w takim świetle nie widać -. Byłem naprawdę przybity tymi urodzinami – cudownie było mieć dwadzieścia i coś…


- A pięć to dopiero – trzepnął mnie lekko w ucho i wstał śmiejąc się szeroko – chodź spakujemy się…no chodź…


Ruszyliśmy do domku. Ludzie zaczęli wracać ze śniadania i jakieś trzy dziewczyny przechodząc obok nas roześmiały się bardzo głośno. Zerknąłem na Lorenzo, w ogóle ich nie zauważył. Między nami była pod tym względem ogromna różnica.


Ja wszędzie węszyłem aluzje, on nigdy i nigdzie nie zwracał uwagi na innych ludzi, właściwie musiałbym go chyba zmusić i w dodatku zinterpretować to co sam widzę, żeby spostrzegł niechętny grymas albo gest u kogokolwiek. Był przeświadczony o swojej nietykalności, tam w środku. Tymczasem u mnie rodziła się swego rodzaju paranoja. Unikałem rozmów i znajomości. Lorenzo nazywał mnie żartem swoją tajemniczą konkubiną. Tylko raz odważyłem się otwarcie chwycić go za rękę w jakimś ogródku piwnym i natychmiast usłyszałem z tyłu komentarz. Puściłem go mimo uszu, ale puściłem też rękę mojego ukochanego.


We Florencji i Mediolanie, gdzie zabrał mnie na początku czerwca było zupełnie inaczej. Sam sposób bycia florentyńczyków i mediolańczyków, a podobno i wszystkich Włochów, jest jak zupełnie inna bajka. Ludzie nie boją się tam dotyku, uśmiechu, kontaktu wzrokowego. Czułem się jak na wakacjach od samego siebie.


Po powrocie, zejście na ziemię ojczystą było jak bolesny upadek z nieba. Dla niego nie. Jako Włoch miał odpuszczone, że częściej niż inni klepał kogoś po plecach albo ściskał rękę obiema dłońmi, że nosił zbyt modne koszule i bransoletkę z imieniem swojej matki, że śmiał się do wszystkich błyskając kokieteryjnie czarnymi oczami albo usiłował tańczyć na weselu mojej siostry z jednym z wujów, kiedy ja nie chciałem za nic w świecie. Lorenzo to był Lorenzo.


Traktowali go jak egzotyczne zwierzątko, zachwycające i trochę dzikie, a on śmiał się z tego i wykorzystywał to do granic. Zazdrościłem mu tej cholernej swobody.


- Chciałbym być Włochem – mruknąłem już w samochodzie.


- Jak wprowadzą PACs natychmiast. – kiwnął głową z zadowoleniem od razu. rozmarzony, bo wkroczyłem na jeden z ulubionych tematów – Alessandro Ranieli, brzmi idealnie. – spojrzał z ukosa i widząc, że prawie wciąż jestem nadąsany jak dzieciak ciągnął dalej – Ogniste spojrzenie i taki jesteś ślicznie opalony, i usteczka masz jak z botticella i włosy zupełnie jak my, nawet śmiejesz się często, a ostatnio dużo machasz lewą ręką gdy kupujesz warzywa….wykapany italianiec…ciu ciu…tylko musisz popracować nad fryzurą. –


Walnąłem go w udo, aż syknął nie przestając się śmiać.


- Jaja sobie ze mnie robisz…a ja cierpię – i zaniosłem się śmiechem razem z nim.


Popatrzył na mnie ciepło i skręciliśmy w boczną drogę do zajazdu.


Zaczynało być gorąco, więc weszliśmy do środka. Sala tandetnej restauracji z metalowymi krzesłami i stolikami, ziała o tej porze pustką, więc barmanka chyba ucieszyła się na nasz widok. Oczywiście strzeliła oczami do Lorenzo, który przyzwyczajony do tego odpowiedział uśmiechem. Ale chyba zbyt nachalnym bo dziewczyna zwróciła się do mnie.


- Co podać ? – poprawiła włosy niesfornie spadające na ucho.


- Jedno piwo i jeden tonic. I zgrzewkę wody mineralnej na wynos – odpowiedziałem rozglądając się po półkach ze słodyczami. Lorenzo tymczasem wybierał stolik.


- Pański przyjaciel to pewnie cudzoziemiec ? – zagadnęła dziewczyna nalewając moje piwo. – Fajny.


- Owszem fajny. – potwierdziłem jak zwykle dumny głęboko w środku. – tylko trochę dziki w stosunku do kobiet. –


- To znaczy ? – odwróciła się by sięgnąć po tonic do lodówki. Może to nadchodzący upal, może po prostu była leniwa, w każdym razie wszystko robiła strasznie powoli i Lorenzo zaczął mi dawać znaki. Kiwnąłem mu, że już idę i posłałem całusa, korzystając z nieuwagi barmanki.


- Dziki – przyłożyłem do czoła palce sugerując bycze różki – To znaczy że trochę się ich boi. – wyprostowała się z zainteresowaniem zerkając znowu w jego stronę.


- To Hiszpan. – ciągnąłem – ma bardzo zaborczą matkę i teraz trudno mu znaleźć żonę, która mogłaby ją zadowolić.


- To on szuka żony ? Tu w Polsce ? – uśmiechnęła się z powątpiewaniem. Miała uroczy uśmiech. Gdyby nie okropna dżinsowa bluzeczka na silikonowych ramiączkach, i utlenione na blond włosy, mógłbym ją pokazać mojej matce. Lorenzo swojej nie, bo miał całkiem inną sytuację. Jego mama wiedziała o wszystkim.


- Dużo słyszał o urodzie Polek – wyjaśniłem i chyba uwierzyła, bo znowu poprawiła włosy i rzuciła nam obu kolejno jeden z najpiękniejszych uśmiechów.


Lorenzo uśmiechnął się też i klepnął otwartą dłonią w blat stolika.


- Kochanie – zawołał – chce mi się pić. Presto !-


Dziewczyna zarumieniła się po same uszy.


- Bardzo bezpośredni. Żona będzie z nim miała ciężko, co ? – westchnęła – szkoda.
Ale oczy to ma jak Banderas.


- Zaniosę mu sam – mrugnąłem do niej, płacąc i ruszyłem z piciem do Lorenzo.


Dziewczyna oparła się o bar i przyglądała nam się z daleka.


- Coś ty tam robił z tą signoriną ? – mój mężczyzna jednym niemal haustem wychylił pół litra tonicu.


- Dostaniesz zapalenia gardła. Zobaczysz. – powiedziałem powoli sącząc piwo i jednocześnie posłałem barmance znaczące spojrzenie.


- Podrywasz ją czy co ? – Lorenzo spojrzał na mnie zaintrygowany.


- A skąd. Jestem miły. We Włoszech to niedozwolone ? – odgryzłem się


- Dobrze mio carino . Idę po tę zgrzewkę z wodą. I jedziemy.


Lorenzo wstał a ja zanim i podeszliśmy do baru. Dziewczyna chciała podać nam wodę, ale Lorenzo skoczył za bar i sam podniósł zgrzewkę.


- Dziękuje – powiedziała barmanka i poprawiła niesforny kosmyk –


- Non c'e di che – uśmiechnął sie gentleman made in Italy. –


- Pański kolega się myli. Hiszpanki chyba dobrze wychowują synów. – popatrzyła na mnie z góry podczas gdy Hiszpan zrobił minę i poraził mnie piorunującym wzrokiem.


- Trochę się spieszymy. Było nam bardzo miło. Pozdrowię ją od pani, obiecuję – rzuciłem szybko


Pchnąłem go lekko w kierunku wyjścia. Opieral się więc wcisnąlem mu palec pod żebro, porozumiewawczym gestem


- Co ty wyprawiasz ?- stanął, warknał i spojrzal w kierunku baru


Dziewczyna przyłożyła do czoła bycze różki i uśmiechnęla się ze zrozumieniem kiwnąwszy głową.


- Do widzenia – powiedziałem jeszcze i pociągnąlem Lorenzo za sobą i już obawiałem się zemsty w samochodzie.


Rzuciliśmy zgrzewkę na tylne siedzenie i ruszyliśmy dalej.


- Znajdę dla ciebie przedszkole. – powiedział -Albo jeszcze lepiej wrocę i weźmiemy tę barmankę na opiekunkę. Hiszpan ? Czy ja wyglądam jak Hiszpan ?


Może jak Banderas ?


Dostałem ataku śmiechu.


- Poważnie ? – błysnął oczami w moją stronę – wzięła mnie za Hiszpana ?


- To była miła dziewczyna. Przecież nic się nie stalo, że sie trochę rozmarzyła.


- Jesteś lekkomyślny. – powiedział poważnie – a gdyby zaczęła z nami gadać ? I kogo miałeś pozdrowić ? moją matkę, żonę ?


- Matkę. Ale tę hiszpańską – parsknąłem. Dał mi kuksańca w bok – Przepraszam.


Milczeliśmy jakiś czas.


- Kochanie, chce mi się pić – przedrzeźniłem go po chwili.


Zgromił mnie wzrokiem. Ale po chwili położył rękę na moim udzie i ścisnął miękko swoją wielką łapą.


- Nigdy nie żartuj z misia. – powiedział patrząc wciąż na drogę a najcieplejszy uśmiech zatańczył się na jego twarzy.



tekst pochodzi strony http://www.magdalenka.aires.webpark.pl


Copyright by Magdalena Borges. Dziękujemy za zgodę na publikację tekstu.

Autorzy:

zdjęcie Claro Fijeza

Claro Fijeza [1]

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 69; nazwa: ClaroFIjeza


Article printed from homiki.pl: http://homiki.pl

URL to article: http://homiki.pl/index.php/2004/08/misio/

URLs in this post:

[1] Claro Fijeza: http://homiki.pl/index.php/autorship/nuke_topic_69/

Copyright © 2011 homiki.pl. Wszelkie prawa zatrzeżone.