Czas przeszły, czas przyszły

Zazwyczaj wstaje wcześniej ode mnie, bo taką ma pracę. Budzi mnie zawsze dźwięk wody z prysznica, który odkręca około szóstej trzydzieści. Leżę z otwartymi oczami i zastanawiam się, co dziś ciekawego spotka mnie za tą cienką granicą, zakreśloną ciepłem naszej pościeli. Co interesującego czeka nas za nieco mocniejszą granicą, wyznaczoną przez drzwi mieszkania. Zawsze wiedziałem, że moje życie będzie ciekawe, no i proszę, nie pomyliłem się. Czasem zastanawiam się, czy przypadkiem sam nie sprowokowałem losu, ale jakoś nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie w sposób, który by mnie zadowolił. Zresztą… każdy dzień upewnia mnie w przekonaniu, że chyba jednak gwiazdy też maczały w tym palce.

Podnoszę się z łóżka, idę do łazienki, zaczynam się golić. Przez matową szybę kabiny prysznicowej widzę, jak namydla swoje ciało. Podnoszę głos, by przekrzyczeć wodę: „Nie zapomnij dzisiaj wejść do banku i spytać, czy podjęli już decyzję, co do tego kredytu. Jeśli nam go nie przyznają, to chyba ich podpalę!”. Słyszę, jak odpowiada, że nie zapomni.

Zmywam resztki kremu do golenia i nagle nachodzi mnie straszna ochota, żeby zrobić nam jakieś ciepłe śniadanie. Gotowanie nie jest naszą mocną stroną, zazwyczaj jadamy na mieście; jeśli chodzi o stołowanie się w domu, to już nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłem coś ciepłego. Postanawiam zrobić jajecznicę.

Chwali mnie i bierze dokładkę. Czuję się dumny z oznak talentu kulinarnego, jakie zdradziłem. Całuje mnie na pożegnanie i wychodzi tylnymi drzwiami. Zostaję sam.

Zmywam po śniadaniu, dzwonię do spółdzielni, żeby wreszcie przysłali kogoś do kaloryferów, bo inaczej zziębniemy na kość. Szykuję się do wyjścia w pośpiechu, bo jak zwykle – mimo, że wstałem o wiele za wcześnie… jestem spóźniony. Otwieram główne drzwi, przekraczam próg i trafiam nogą na naszą wycieraczkę. Czuję, że w coś wdepnąłem. Patrzę w dół i już wiem, że dziś na pewno spóźnię się do pracy. To były moje najlepsze buty, które dostałem niecały miesiąc temu na urodziny. Skaczę na jednej nodze z powrotem do przedpokoju, podnoszę słuchawkę i dzwonię powiedzieć, że będę jakąś godzinę później, gdyż zaszły „niespodziewane okoliczności”. Szef na szczęście nie kręci zbytnio nosem.

But jednak śmierdzi przenikliwie. Spędzam około trzydziestu minut na samym oczyszczaniu, jednak zapach pozostaje. Zrezygnowany siadam obok prysznica i ciskam but… po czym zrywam się i podnoszę go szybko, bo nie chcę, by kąt naszej łazienki pachniał podobnie do niego. Patrzę na zegarek – od momentu mojego otworzenia drzwi minęło już czterdzieści minut. Szybko wyjmuję z szafki starą parę butów i wychodzę z domu, podnosząc delikatnie po drodze wycieraczkę (a raczej to, co z niej zostało) i ciskając ją do najbliższego kontenera z odpadami. Później wyjmuję kluczyki i podchodzę do samochodu. Lewy reflektor jest zmasakrowany.

Zawsze w takich sytuacjach mówi do mnie z rozbrajającym uśmiechem: „Patrz do przodu, nie odwracaj głowy!”. Tak, to m.in. te słowa kiedyś wywarły na mnie tak wielkie wrażenie… bo nie były pustym hasłem. Do tej pory widzę, jak codziennie wciela je w życie, krocząc przez nie z podniesioną głową… teraz jednak czuję, że za chwilę eksploduję. Biorę kilka głębokich wdechów, wyjmuję komórkę i dzwonię wziąć dzień urlopu.

Z zepsutym światłem przejeżdżam pół miasta i odstawiam auto na warsztat. Drogę powrotną przebywam tramwajem. Jakaś gruba babcia wpija się swoją torbą w moje łydki, w tej chwili jednak zupełnie mi to nie przeszkadza, myślę o czymś innym. Nagle cała siła, którą kumulowałem w sobie przez ostatnie lata i którą każdego dnia pomaga mi zatrzymać w sobie, ulatuje ze mnie, jak z przekłutego balonika. Usiłuję sobie przypomnieć, co było wczoraj. Wszystko mi się miesza – pewien jestem jednak, że od początku tego miesiąca naszego kotka poraziło już prądem, rachunek za telefon dziwnym trafem znalazł się w koszu obok bloku, zamiast w naszej skrzynce, a pranie, które we wtorek rozwiesiłem na balkonie, po dwudziestu czterech godzinach uległo cudownej zmianie kolorów, zabarwiając się na przeraźliwy róż. Dokonuję bilansu ostatniego miesiąca i robi mi się naprawdę słabo. Wysiadam z tramwaju przy giełdzie. Przekraczam drzwi gmachu.

Staję w progu i bez słowa się przyglądam. Siedzi w swoim wielkim fotelu, pisze coś w jakimś segregatorze. Chrząkam. Podnosi głowę, uśmiecha się. Pyta, czy coś się stało. Wie tak samo, jak ja, że każdy dzień to nowa niespodzianka. Zrezygnowanym ruchem siadam na krześle przed biurkiem i mówię, że w sumie to nic się nie stało, jest jak zwykle, bez żadnych zmian, tak, jak było i tak, jak będzie. Zna już ten mój melancholijny ton, wychodzi zza biurka, zamyka na klucz drzwi od gabinetu, kuca przede mną i patrząc mi w oczy, bierze moją dłoń. Ze skupionym wyrazem twarzy mówi: „No opowiadaj”.

Mówię o przygodzie z wycieraczką, o samochodzie… i że wziąłem urlop… i że boję się wracać do domu. Śmieje się ze mnie. Przypomina, że przecież rozmawialiśmy o tym tyle razy i zapewniałem, że takie rzeczy nigdy nie wytrącą mnie już z równowagi. Ale ja jestem słaby, poza tym… to się dzieje za często, nie mam siły. Chcę się przeprowadzić. Wiem, że to tylko marzenie, ale wypowiadam je głośno. Dopiero co kupiliśmy nowe, pierwsze mieszkanie. Wiem to. Zaczynam płakać, przytula mnie. Potem parzy mi kawę i dzwoni do banku. Okazuje się, że przyznają nam kredyt nawet pomimo niemożności uwspólnienia naszego majątku w świetle obowiązującego prawa. Dopiero ta wieść poprawia mi zdecydowanie humor. Żegnamy się do wieczora.

Dzień wolny wykorzystuję na porządki, których nie robiliśmy od miesięcy. Ścieram kurze, podłogi, myję okna. Polerując jedno skrzydło widzę, że do bloku zbliża się rodzina sąsiadów z góry. Zupełnie, jakbym był niewidoczny, przechodzą niemo obok okna, w którym sterczę. W jednej dłoni trzymam płyn do mycia, w drugiej ściereczkę.

Skoro zrobiłem dzisiaj śniadanie, czemu nie zrobić by kolacji? – wpada mi do głowy, choć od sprzątania boli mnie kręgosłup. Zmęczenie fizyczne pozwala mi jednak zapomnieć o psychicznym dołku. W momencie, kiedy wyjmuję z piekarnika zapiekankę, zgrzyta kluczem w zamku. Pod pachą trzyma nową wycieraczkę i uśmiecha się tak, jak gdyby nic się dziś nie stało.

Idziemy spać o wiele wcześniej, niż zazwyczaj. Ma teraz ciężki, bardzo wyczerpujący okres w pracy, musi się wyspać. To akurat jest mi jak najbardziej na rękę – jestem śpiochem i mógłbym spać choćby piętnaście godzin na dobę. Dzisiejszy dzień w dodatku tak wymęczył mnie psychicznie, że zasypiam od razu, w samotności, ledwie głowę do poduszki przyłożę.

Na granicy snu słyszę jeszcze wodę w łazience. To Marek. Goli się.

Tekst pochodzi ze strony target=_blank>prawiebrunet.art.pl. Dziękujemy za zgodę na publikację.

Autorzy:

zdjęcie prawiebrunet

prawiebrunet

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 66; nazwa: prawiebrunet

5 komentarzy do:Czas przeszły, czas przyszły

  • Uschi

    [Re: Czas przeszły, czas przyszły]
    :) . Ładne bardzo i jak na mój ohydnie czepialski gust wcale nie grafomańskie… ani ociupineczkę… :) . Osobiście lubię takie historie, podnoszą mnie na duchu w chwilach zwątpienia…

  • Nina2

    [Re: Czas przeszły, czas przyszły]

    Podlosc. To tak wyglada nietolerancja? Nie wiedzialam…
    Podoba mi sie styl. Prosze o wiecej. N2

  • Smerfetka

    [Re: Czas przeszły, czas przyszły]

    Bardzo podoba mi sie tekst, fajny styl pisania, proszę w więcej takich tekstów

  • Gość

    [Re: Czas przeszły, czas przyszły]

    Dzieki takim sytuacja boje sie ujawnic. Kryje swa twarz pod maska, cierpie. Pewna czesc mnie umiera.Dostosowuje sie do bliskich, kturzy nigdy nie zaakceptuja mnie, czlowieka za maski.

  • Roszz

    [Re: Czas przeszły, czas przyszły]

    Dośc czesto spotykane zachowania środowiska.
    niestety.




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa