Oczy uzdrowione łaską

Kiedy Mel ogłosił, że jest homoseksualistą i cała ta sprawa stała się znana, niektórzy z jego byłych współpracowników-chrześcijan zwołali szereg konferencji prasowych, żeby potępić książkę i wyprzeć się wszelkich bliższych kontaktów z Melem z przeszłości. Przez pewien czas Mel był rozchwytywany przez producentów rozmaitych programów radiowych i telewizyjnych, takich jak np. „60 minut”. Świeckim mediom najbardziej podobał się fakt, że utajony homoseksualista pracował dla przywódców chrześcijańskiej prawicy.

W związku z tymi wywiadami odezwało się do Mela wielu chrześcijan. „Dosłownie po każdym programie, w którym występowałem – wspomina Mel – ktoś do mnie dzwonił, żeby mi powiedzieć, że jestem przekleństwem i że powinienem być potraktowany zgodnie z prawem zawartym w 3 Księdze Mojżeszowej – to znaczy, że powinno się mnie ukamienować”.


Bywało, że kiedy się nudziłem, dzwoniłem do mojego przyjaciela Mela White'a. Nie znam nikogo, kto żyłby równie aktywnie i beztrosko. Mel podróżował po całym świecie. Często raczył mnie swoimi barwnymi opowieściami: potrafił nurkować wśród barakud na Karaibach; potrafił przedrzeć się na szczyt marokańskiego minaretu przez górę gołębiego łajna, którego od stu lat nikt nie tam uprzątał, po to tylko, żeby sfilmować wschód słońca; potrafił przepłynąć Atlantyk na statku „Queen Elisabeth II” jako gość słynnego producenta filmowego; potrafił dotrzeć i zrobić wywiad z ludźmi, którzy przeżyli masakrę sekty Jima Jonesa w Gujanie.



Hojny do przesady, Mel natychmiast stawał się ofiarą wszelkiej maści handlarzy. Jeżeli na przykład siedzieliśmy w ogródku kawiarnianym i pojawiał się akurat sprzedawca kwiatów, Mel kupował bukiet tylko po to, żeby zobaczyć błysk w oczach mojej żony. Jeżeli fotograf proponował „uwiecznienie nas” za jakieś szalone pieniądze, Mel natychmiast kazał ustawiać się do zdjęcia. „To pamiątka – mówił, nie zważając na nasze protesty. – Wspomnienia są bezcenne!”. Jego żarty i dowcip rozśmieszały do łez kelnerów, kierowników sali, kasjerów.



Kiedy mieszkaliśmy w centrum Chicago, Mel odwiedzał nas w drodze do Michigan, gdzie pracował jako konsultant przy produkcji filmów chrześcijańskich. Zwykle chodziliśmy do restauracji, zwiedzaliśmy galerie sztuki, włóczyliśmy się po ulicach, szliśmy do kina i spacerowaliśmy nad jeziorem do północy. O czwartej rano Mel wstawał, ubierał się i pisał jak szalony przez cztery godziny, płodząc około trzydziestu stron tekstu, które następnego popołudnia dostarczał klientowi w Michigan. Kiedy więc pakowaliśmy już Mela do taksówki na lotnisko, czuliśmy się wyczerpani, ale szczęśliwi. Nikt tak jak Mel nie potrafił tego sprawić: po prostu czuliśmy, że żyjemy.



W naszej dzielnicy mieszkało wielu homoseksualistów, szczególnie przy Diversey Avenue (zwanej przez mieszkańców „Perwersowo”). Pamiętam, jak żartowałem na ich temat przy Melu. „Wiesz, jaka jest różnica pomiędzy gejem a nazistą? – zapytałem raz, kiedy spacerowaliśmy po ulicy Diversey. „Sześćdziesiąt stopni! I pokazałem ręką jak salutują naziści, opuszczając ją następnie z miękką dłonią w przesadnie zniewieściały sposób.
„Homoseksualistę zawsze da się poznać – dodała moja żona. – Coś w nich takiego jest. Zawsze wiem”.



Przyjaźniliśmy się już chyba od pięciu lat, kiedy Mel zadzwonił i poprosił, żebyśmy się spotkali w hotelu Marriott w pobliżu lotniska O'Hare. Przyjechałem na czas i przez następne półtorej godziny siedziałem i czekałem w restauracji. Przeczytałem już wszystko co wpadło mi w ręce: starą gazetę, kartę dań, informacje na opakowaniach słodzików. Mel się nie zjawiał. Kiedy właśnie wstawałem, aby wyjść, mocno zirytowany dziwną sytuacją, wpadł Mel. Przepraszał – ze zdenerwowania aż się trząsł. Pojechał do innego Marriotta, a potem utknął w olbrzymim korku w Chicago. Miał tylko godzinę przed odlotem samolotu. Czy mógłbym z nim jeszcze chwilę posiedzieć, żeby pomóc mu uspokoić się? – „Oczywiście”.



Mel, wytrącony z równowagi tymi wydarzeniami, rozkojarzony, był bliski płaczu. Zamknął oczy, wziął kilka głębokich oddechów i zaczął rozmowę od stwierdzenia, którego nigdy nie zapomnę. „Powiedz, Philip, z pewnością już od dawna wiesz, że jestem gejem”.



Nigdy mi to przez myśl nie przeszło. Mel miał wspaniałą, kochającą, oddaną żonę i dwójkę dzieci. Sam był wykładowcą w Fuller Seminary, pastorem w ewangelikalnym zborze, kręcił filmy i pisał bestsellery dla chrześcijan. Mel gejem? Czy papież może czcić Allacha?



Mimo że mieszkałem w tej dzielnicy, nie znalem wówczas osobiście żadnego homoseksualisty. Nie wiedziałem zupełnie nic o ich świecie. Żartowałem natomiast na ich temat i opowiadałem znajomym, którzy mieszkali poza miastem, historyjki na temat parady gejów (odbywała się na mojej ulicy raz w roku), ale nie miałem żadnych znajomych wśród homoseksualistów, a już na pewno nie przyjaciół. Sama myśl o tym była czymś odpychającym.



I oto dowiaduję się, że jeden z moich najlepszych przyjaciół ma również drugą, sekretną stronę życia, o której nic nie wiedziałem. Opadłem na oparcie krzesła. Teraz ja wziąłem kilka głębokich oddechów i poprosiłem Mela, żeby opowiedział mi całą historię.



Szczęściem, mówiąc o tym, nie narażam się na niedyskrecję. Mel sam wyjawił już swoją tajemnicę w książce zatytułowanej Stranger at the Gate: To be Gay and Christian in America (Obcy u drzwi: być gejem i chrześcijaninem w Ameryce). W tej książce Mel wspomina o naszej przyjaźni, a także o pewnych znanych w świecie chrześcijańskim postaciach o konserwatywnych poglądach, dla których niegdyś pisał: Francis Schaeffer, Pat Robertson, Oliver North, Billy Graham, W. A. Criswell, Jim i Tammy Faye Bakker, Jerry Falwell. Żaden nie wiedział wówczas o tajemnicy Mela; to zrozumiałe, że niektórzy z nich są teraz na niego źli.



Chciałbym tutaj wyjaśnić, że nie zamierzam zgłębiać teologicznych i moralnych kwestii związanych z homoseksualizmem, mimo że są bardzo ważne. Piszę o Melu z jednego tylko powodu: fakt że się przyjaźniliśmy, stał się bezpardonowym wyzwaniem dla mojego rozumienia łaski – jak powinna wpływać na moją postawę wobec ludzi „innych”, nawet jeżeli różnice między nami są poważne i być może – nie do zignorowania.



Dowiedziałem się od Mela, że u niego homoseksualizm nie jest kwestią wyboru pewnego stylu życia, jak to sobie wcześniej w mojej prostocie wyobrażałem. Mel w swojej książce wyznaje, że skłonności homoseksualne miewał już w wieku dojrzewania. Ze wszystkich sił próbował je w sobie tłumić. Jako dorosły uparcie szukał na to „lekarstwa”. Pościł, trwał w modlitwie, kazał namaszczać się olejem i modlić się nad sobą. Poddawał się rozmaitym egzorcyzmom, zarówno protestanckim, jak i katolickim. Chodził na zajęcia terapeutyczne, polegające na „zniechęcaniu” -dostawał porcję elektrowstrząsów za każdym razem, gdy odczuwał pobudzenie patrząc na zdjęcia mężczyzn. Przez pewien czas przyjmował leki psychotropowe. Jedynym rezultatem było odurzenie i trudności z koncentracją. Mel przede wszystkim rozpaczliwie nie chciał być gejem.



Pamiętam, że kiedyś w środku nocy obudził mnie telefon. Z trudem rozpoznałem, że to on. Mówił głosem głuchym, bezbarwnym. Powiedział mi: „Stoję właśnie na balkonie, na piątym piętrze z widokiem na Ocean Spokojny. Masz pięć minut, żeby mnie przekonać, dlaczego nie powinienem skoczyć”. To nie był żaden głupi żart, mający zwrócić czyjąś uwagę; aż za dobrze pamiętałem, że jakiś czas temu Mel próbował popełnić samobójstwo, ale na szczęście go odratowano. Błagałem go, używając wszelkich argumentów, jakie przychodziły mi do roztrzęsionej głowy: osobistych, egzystencjalnych, teologicznych. Na szczęście Mel nie skoczył.



Pamiętam również pewną niezręczną scenę kilka lat później, kiedy Mel przyniósł mi pamiątki po swoim kochanku. Wręczając mi niebieski, wełniany sweter, poprosił mnie, żebym go wrzucił do kominka. Powiedział, że zgrzeszył i teraz chce się upamiętać – zostawić za sobą ten koszmar, wrócić do żony i do rodziny. Cieszyliśmy się i modliliśmy razem.
Pamiętam inne zdarzenie, kiedy Mel zniszczył swoją kartę członkowską Kalifornijskiego Klubu Sauny. Co prawda wśród homoseksualistów w Kalifornii pojawiły się przypadki tajemniczej choroby, i setki gejów rezygnowały z klubów sauny. „Nie robię tego ze strachu przed chorobą; po prostu wiem że powinienem tak postąpić” – powiedział mi Mel. Wziął nożyczki i pociął twardą plastikową kartę.



Mel miotał się pomiędzy rozwiązłością a prawowiernością. Czasami zachowywał się jak nastolatek rzucony na pastwę burzy hormonów, a czasami jak sędziwy mędrzec. „Poznałem różnicę pomiędzy szlachetnym smutkiem a smutkiem wynikającym z poczucia winy – powiedział mi pewnego razu. – Oba rodzaje są odczuciem autentycznym, oba mogą przenikać duszę do głębi, ale ten drugi jest dużo gorszy. Smutek szlachetny to ten, jaki odczuwa człowiek żyjący w celibacie, który wie, czego mu brakuje, ale nie wie, co stracił. Smutek wynikający z poczucia winy odczuwa człowiek, który nigdy nie może zagłuszyć świadomości swoich czynów”. Dla Mela smutek wynikający z poczucia winy oznaczał dręczącą świadomość, że jeżeli ujawniłby przed ludźmi swój sekret, zniszczyłby swoje małżeństwo, karierę, służbę, a całkiem możliwe, że i wiarę. Pomimo nękającego poczucia winy Mel w końcu doszedł do wniosku, że pozostały mu już tylko dwie możliwości: choroba psychiczna lub szczerość. Podejrzewał, że próby tłumienia pragnień homoseksualnych i życia w heteroseksualnym małżeństwie oraz homoseksualnym celibacie prowadzą go do choroby psychicznej. (W tym czasie chodził do psychiatry pięć razy w tygodniu, płacąc po sto dolarów za sesję.) Zdecydował, że aby być zdrowym, musi znaleźć partnera-geja i pogodzić się ze swoją homoseksualną tożsamością.



Gehenna Mela poważnie mnie zaniepokoiła. W głowie miałem zamęt. Razem z żoną poświęciliśmy wiele nocy, rozmawiając z Melem o jego przyszłości. Analizowaliśmy razem wszystko co na ten temat mówi Biblia i zastanawialiśmy się, co to będzie dla niego oznaczać. Mel ciągle pytał, dlaczego chrześcijanie tak skwapliwie wyłapują wszelkie wzmianki o związkach osób tej samej płci, ale nie przejmują się zupełnie innymi typami zachowań, o jakich mowa w tych samych fragmentach.



Na prośbę Mela wziąłem udział w pierwszym marszu homoseksualistów na Waszyngton w 1987 roku. Nie poszedłem tam w charakterze uczestnika czy nawet dziennikarza, ale jako przyjaciel Mela. Chciał, żebym był przy nim, gdy będzie porządkować pewne kwestie, które domagają się w jego życiu wyjaśnienia.



Wydarzenie to zgromadziło około 300 tysięcy demonstrantów na rzecz praw gejów. Tylko nieliczni zdradzali wyraźne pragnienie wywołania skandalu, chcąc zaszokować społeczeństwo strojami, których nie dało się pokazać w żadnych wiadomościach wieczornych. Ten październikowy dzień był chłodny, a z szarych zalegających chmur – niczym z nasiąkniętych gąbek – spadały krople deszczu, obojętne na tłumy ludzi przesuwające się wolno przez stolicę.



Stojąc za barierką, dokładnie przed Białym Domem, byłem świadkiem konfrontacji. Oto kordon policjantów na koniach ochrania nieliczną grupkę kontrdemonstrantów. Wymachując pomarańczowymi transparentami, przedstawiającymi płomienie ognia piekielnego, zdołali przyciągnąć najwięcej fotoreporterów. Mimo ogromnej przewagi liczebnej przeciwników – gdzieś na oko piętnaście tysięcy do jednego – ci protestujący (chrześcijanie zresztą) wykrzykiwali prowokacyjne hasła skierowane do maszerujących gejów.



„Pedały do domu! – darł się do megafonu jakiś ich przywódca, a inni to podchwycili i wyli za nim: Pedały do domu, pedały do domu”… Kiedy już to hasło wytarło się nieco, uzgodnili następne: „Dlaczego-się-nie-wstydzicie-tego-co-robicie!”. Pomiędzy tymi okrzykami przemawiający nadrywał się, odmalowując obrazowo, jaki to najgorętszy ogień piekielny Bóg zarezerwował dla sodomitów i zboczeńców.



Ostatnie obelżywe hasło w ich repertuarze, wykrzykiwane najgorliwiej, brzmiało: „AIDS, AIDS, czeka was to samo”. Właśnie przechodzili ludzie chorzy na AIDS – kilkaset osób; wielu z nich na wózkach inwalidzkich. Wychudzeni jak szczapy, postacie nieomal żywcem wyjęte z filmów o obozach koncentracyjnych. Słuchając tych szyderczych okrzyków, nie mogłem pojąć, jak ktokolwiek może życzyć takiego losu drugiej osobie.

:: Czytaj więcej >>

Książka „Oczy uzdrowione łaską” Philipa Yanceya jest jednym z ewangelikalnych głosów w dyskusji na temat miejsca osób homoseksualnych w Kościele. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Credo.



Dziękujemy portalowi Kosciol.pl za zgodę na umieszczenie fragmentu tekstu.

Autorzy:

zdjęcie Philip Yancey

Philip Yancey

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 51; nazwa: Philip Yancey

1 komentarz do: Oczy uzdrowione łaską

  • manny

    [Re: Oczy uzdrowione łaską]

    ciekawe kiedy w Polsce problem duchownych – gejów przestanie być tematem tabu.
    Może wtedy wzrośnie akceptacja dla homików?




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa