- homiki.pl - http://homiki.pl -

Wyjść z cienia

Kiedy miałam 20 lat
świat wydawał mi się o wiele prostszy. Wszystko, lub prawie wszystko, było
dla mnie społecznie akceptowane, nie miałam poczucia winy, życie było
piękne. Czasem tylko czułam, że chyba nie do końca jestem w porządku…

Wszystkie moje koleżanki przeżywały zauroczenie, miłość, głównym
tematem ich rozmów byli chłopcy, mężczyźni. A mnie, dziwnie jakoś, nie
ciągnęło do płci przeciwnej.. Mnie podobały się dziewczęta, kobiety.
Dobrze się czułam w ich towarzystwie. Co chwila w jakiejś się
zakochiwałam, wzdychałam, pisałam pełne miłości wiersze, przynosiłam
kwiaty. I tak było odkąd pamiętam, od początku, od przedszkola. Nikt,
nigdy, nie mówił mi, że miłość do kobiety jest zła, że jest grzechem.


Któregoś dnia rodzice dziewczyny, z którą łączył mnie gorący
romans, złapali nas w łóżku. Dowiedziałam się wtedy, w bardzo nieprzyjemny
dla mnie sposób, że to jest złe, chore, nienormalne, zboczone. Zostałam
brutalnie wyrzucona z ich domu. Teraz już WIEDZIAŁAM. Miałam 20 lat.
Rodzice tamtej dziewczyny tak dobitnie wykazali mi niewłaściwość mojego
postępowania, że postanowiłam udowodnić sobie i światu, że jestem normalną
kobietą. Nie zboczoną.

Kochał się wtedy we mnie pewien młody
mężczyzna. Z obrzydzeniem przyjmowałam jednak jego hołdy, oblewał mnie
zimny pot ze strachu, że mógłby mnie dotknąć. Niedobrze mi się robiło, gdy
dotykał mojej ręki a kiedy spróbował mnie pocałować mało nie zwymiotowałam
i szybko zerwałam tę znajomość. Kilka tygodni później poznałam innego,
młodego mężczyznę, starszego ode mnie o trzy lata. Najpierw, długo, bo
prawie trzy miesiące, tylko rozmawialiśmy. Podobał mi się, bo nie dążył do
kontaktu fizycznego, nie dotykał mnie. Pierwszy raz pocałował mnie w
bardzo romantycznej scenerii. Wyznaliśmy sobie miłość. Byłam przekonana,
że go kocham. Poszliśmy do łóżka. Był moim pierwszym mężczyzną.
Delikatnym, czułym, doświadczonym kochankiem. Podobał mi się. Silna w
swoim postanowieniu bycia normalną kobietą zaakceptowałam siebie i swoje
ciało. Czułam się wartościową, 100 % kobietą. Podjęliśmy regularne
współżycie. Zaszłam w ciążę. Dobrze ją tolerowałam, cieszyła mnie myśl o
posiadaniu dziecka. Pobraliśmy się właściwie tylko z powodu opinii
publicznej. No i trochę, dlatego że chciałam, aby moje dziecko nosiło
nazwisko ojca. Urodziłam córkę.

Współżyliśmy intensywnie, nie
licząc się z konsekwencjami. Kiedy po roku znów zaszłam w ciążę byłam
przerażona, nie chciałam tego dziecka. Wtedy usunięcie ciąży nie stanowiło
większego problemu. Nie wiedziałam jednak, że aborcja będzie dla mnie tak
silnym przeżyciem. Po usunięciu ciąży mój zapał do współżycia osłabł. Mąż
był zdziwiony, zaskoczony, że raptem przestały mnie cieszyć igraszki
seksualne. Przeprowadziliśmy się. Brałam środki antykoncepcyjne, zbyt duże
dawki hormonów rozchwiały mój cykl. Na własną rękę odstawiłam tabletki. Po
raz pierwszy zaczęłam odczuwać silną potrzebę powtórnego macierzyństwa.
Urodziłam, trochę wbrew mężowi, drugą córeczkę.

Starałam się ze
wszystkich sił sprostać ideałowi żony, matki, kobiety. Nie pracowałam
zawodowo. Prowadziłam dom, zajmowałam się dziewczynkami. Nasze pożycie
ustabilizowało się. Minęło kolejnych sześć lat. Coś zaczęło się psuć. Mąż
chorobliwie reagował na jakąkolwiek bliskość innego mężczyzny w moim
towarzystwie, nie przeszkadzały mu jednak kobiety. Przez nasz dom
przewinęło się wiele młodych kobiet. Znów odezwały się we mnie dawne
ciągoty. Mąż całymi dniami był w pracy, ja z dziewczynkami, brakowało mi
towarzystwa dorosłych. Wdzięczna byłam tym kobietom, że chcą poświęcać mi
czas. Znów zaczęłam adorować dziewczyny. Teraz już ostrożnie, by nie
narazić się na miano „zboczeńca”. Dziewczynom podobały się moje zaloty.
Zaczęłam pisać wiersze, wzdychać. Byłam jednak uważna, kiedy tylko
spotkałam się choćby z lekkim oporem ze strony kolejnej kobiety odsuwałam
się, nie naciskałam, przeżywając w samotności, w sobie, wszystkie uczucia.


Kiedy moja młodsza córka miała sześć lat a ja trzydzieści jeden,
po dziesięciu latach małżeństwa; małżeństwa, w którym działo się coraz
gorzej, zakochałam się w kolejnej kobiecie. Zakochałam się mocno, bez
pamięci, a moja miłość znalazła wzajemność. Moja partnerka bez oporów
odpowiadała na wszystkie moje słowa i gesty. Odkrywałyśmy przed sobą coraz
więcej, czułam się szczęśliwa, spełniona. Mąż początkowo akceptował moją
miłość, podobało mu się, byłam zadowolona, spokojna, często się
uśmiechałam. Godziłam czas między męża, dziewczynki i kochankę. Jednak po
czterech miesiącach, kiedy moje zaangażowanie urosło, mąż postawił mi
ultimatum: „albo ja – albo ona”. Nie umiałam dokonać takiego wyboru.
Chciałam umrzeć. Próba samobójcza zakończyła się na pogotowiu, dokąd
zawiózł mnie mój raptem troskliwy mąż.

Trafiłam do psychiatry, ten
odesłał mnie do psychologa, nie znajdując we mnie choroby psychicznej.
Psycholog wysłał mnie na konsultację do seksuologa. Pojechaliśmy na wizytę
razem z mężem. Docent Dulko wyjaśnił mnie i mojemu mężowi, że
homoseksualizmu nie można wyleczyć, że to jest tak jak z kolorem włosów
lub oczu. Po prostu jedni mają niebieskie oczy inni czarne; jedni są
heteroseksualni, inni homoseksualni i tak już jest. Nie uwierzyłam. W
dalszym ciągu silnie brzmiało we mnie postanowienie bycia NORMALNĄ
kobietą. Po psychoterapii indywidualnej i grupowej, która pomogła mi
wrócić do równowagi, poprawiła moje stosunki z innymi, z mężem, znów
podjęłam kolejną próbę życia w związku. Teraz już bardziej ze względu na
córki. Przez cały czas starałam się ukrywać przed nimi swoją
homoseksualność, żeby niczym nie skazić ich rozwoju, żeby nikt i nigdy nie
mógł mi zarzucić, że zaraziłam swoje dzieci zboczeniem. TAK! Zboczeniem!
Pamiętam jak dziś taką właśnie diagnozę.

Po wyjściu ze szpitala,
ośrodka leczenia nerwic przeczytałam na karcie: osobowość zaburzona
społecznie. Sprawdziłam w słowniku psychologicznym, gdzie przeczytałam, że
równoznaczne to jest ze ZBOCZENIEM. Przeprowadziliśmy się. Zerwałam
wszelkie kontakty z moją kochanką. Przeżyłam to rozstanie bardzo mocno,
długo cierpiałam nie umiejąc znaleźć sobie miejsca. Znów pisałam wiersze,
zaczęłam malować, grałam w amatorskim teatrze. Mąż obiecał mi, że będzie
więcej uwagi poświęcał dzieciom, że pomoże mi w ich wychowaniu. Wspólnie
podjęliśmy decyzję o dalszym współżyciu, dla dobra dzieci chciałam znów
być dobrą matką, dobrą żoną, dobrą kobietą. Unikałam kontaktów z
kobietami. Jeśli tylko jakaś podobała mi się bardziej, niż to dopuszczała
przyjęta przeze mnie „norma” sztywniałam, nie dopuszczając do
zaangażowania uczuciowego. Wokół mnie coraz bardziej narastał mur
oddzielający mnie i moje uczucia od innych a zwłaszcza od kobiet. Jak na
złość otaczały mnie w koło życzliwe, wspaniałe i piękne kobiety.

I
znów zaszłam w ciążę. Nie chciałam tego dziecka, ale urodziłam. Mąż
przekonał mnie, że tak będzie lepiej, że poradzimy sobie. Obiecywał
jeszcze większe zaangażowanie. Urodziłam najmłodszą córkę mając 35 lat.
Mąż nie mógł dotrzymać obietnicy. Całymi dniami pracował. Znów zostałam
sama, teraz już z trójką dzieci. Podkochiwałam się we wszystkich kobietach
z otoczenia. I tak strasznie to ukrywałam, żeby nikt nawet nie domyślił
się stanu moich uczuć. Coraz częściej popadałam w przygnębienie. Wszelkie
próby leczenia nic nie dały, dołączyły się jeszcze dolegliwości fizyczne:
wysokie ciśnienie, zaburzenia trawienia, wiecznie bolący brzuch, ciągle
boląca głowa, nieomal, co miesiąc, jak we wczesnym dzieciństwie,
chorowałam na anginę. Moja internistka, w której też się kochałam,
opuszczała bezradnie ręce, moje ciśnienie nie poddawało się leczeniu.
Wysłała mnie do psychologa. Znów podjęłam terapię. Kiedy moja najmłodsza
córka skończyła trzy lata, po kolejnej awanturze, z której wynikało, że
znów nie dopisuję jako matka, żona i kochanka, „opuściłam” mojego męża.
Wyprowadziłam się do drugiego pokoju.

Przestaliśmy ze sobą sypiać.
Czasem udawało nam się porozmawiać spokojnie. Wtedy dochodziliśmy do
wspólnego wniosku, że chcemy, aby dziewczynki miały i ojca i matkę ( my
nie mieliśmy pełnych rodzin; mąż nie miał ojca, wychowały go trzy kobiety,
ja wychowywałam się bez ojca a mama mi umarła, gdy miałam 15 lat), więc
dla dobra dzieci dalej tworzyliśmy rodzinę, małżeństwo. Białe małżeństwo.
Starsze córki kolejno kończyły szkoły, obie wyszły za mąż. Kiedy
zostaliśmy sami, z najmłodszą córką, mąż zaczął naciskać bym podjęła
pracę. Bałam się tego okropnie. Wiedziałam, że nie wytrzymam w celibacie,
siedzenie w domu chroniło mnie w pewien sposób, bo nie zawierałam nowych
znajomości. Jednak mąż uparł się, wymusił na mnie pójście do pracy
przestając łożyć na moje utrzymanie. Poszłam do pracy. Znów kolejno
zakochiwałam się w każdej napotkanej, co atrakcyjniejszej kobiecie. Wbrew
sobie na jednym ze szkoleń poszłam do łóżka z przygodnie poznanym,
młodszym ode mnie, mężczyzną, by po raz kolejny przekonać się, że to nie
to, że współżycie z mężczyzną jest nie dla mnie.

Najmłodszej córce
obiecałam, że pomimo złych stosunków z jej ojcem zostanę w domu aż do
ukończenia przez nią 18 roku życia. Nie wytrzymałam. Bardzo trudno było mi
żyć pod jednym dachem z zupełnie obcym a kiedyś bliskim człowiekiem, ojcem
moich córek. W marcu 2001 roku postanowiłam nieodwołalnie wyprowadzić się
od męża. Odbyłam z nim długą, spokojną rozmowę. Mąż zapewnił mnie o swojej
dla mnie przyjaźni. Obiecał zaopiekować się najmłodszą córką, która
zdecydowała o pozostaniu z ojcem. Powiedział mi, przypominając rozmowę z
seksuologiem, że rozumie moją decyzję. Wyjechałam. Przez ponad pół roku
mieszkałam sama, w wynajętym domu, na wsi. Miałam dużo czasu na
przemyślenia. Już wiedziałam, że moje dalsze życie musi się zmienić, że
muszę coś zrobić ze swoją tożsamością, że bez tego nie ruszę ani kroku
dalej.

W marcu 2002 roku przyjechałam do Warszawy, podjęłam pracę
i zadzwoniłam do Lambdy. To nie był łatwy telefon. Trzęsłam się z emocji
nie umiejąc wykrztusić, o co mi chodzi i czego chcę. Dziewczyna z telefonu
zaufania wreszcie wydusiła ze mnie, że chciałabym spotkać inne lesbijki.
Poszłam do Stowarzyszenia. Pierwszy raz, bezpiecznie, na DKF dla gejów.
Spotkało mnie miłe przyjęcie. Pożyczyłam sobie książkę i w następnym
tygodniu z bijącym sercem poszłam w czwartek na grupę wsparcia dla
lesbijek, na Gennemę. Prowadząca spotkanie przedstawiła mnie wszystkim
dziewczynom, powiedziałam parę słów o sobie i przejęta słuchałam, o czym
mówią dziewczyny. Bardzo byłam zdziwiona słysząc jak lekko z ich ust
wyłania się słowo „lesbijka:, które mnie jakoś nie chciało przejść przez
gardło, nie umiałam wtedy tak o sobie powiedzieć. Spotkałam się jednak z
ogromną serdecznością wszystkich uczestniczek grupy, zaczęłam regularnie
przychodzić, lecz po trzech tygodniach doszłam do wniosku, że przestanę,
bo przecież ja nie jestem lesbijką. Było lato, przez kilka tygodni
wmawiałam sobie, że ta grupa to nie dla mnie, bo przecież ja naprawdę nie
jestem lesbijką. Mur, który wybudowałam przez te wszystkie lata wydawał
się nie do zburzenia. Trwałam w przekonaniu, że jestem normalna. NORMALNA.
Czułam jednak, jak z każdym dniem ogarnia mnie niepewność, bo nie umiałam
określić sama siebie. Wróciłam do grupy.

Zaprzyjaźniłam się z
jedną dziewczyną, ale to nie była dobra znajomość. Dziewczyna miała 25
lat, ja 52. Różnica wieku, ciągła huśtawka uczuć, nie, nie o tym w gruncie
rzeczy marzyłam. Chciałam poznać kogoś, kto zaakceptowałby mnie całą, bez
zastrzeżeń, kto, w pewnym sensie, pomógłby mi odpowiedzieć na kilka
ważnych pytań: kim jestem, czego chcę, czego oczekuję od życia. Któregoś
dnia, na Gennemę przyszła Sylwia. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ładna,
pewna siebie, mądra. Umówiłam się z nią i 15 lipca 2002 roku spotkałyśmy
się w kawiarni. Sylwia zaprosiła mnie do siebie do domu i… tak już
zostało.

Wczoraj minęło pierwsze półrocze naszego wspólnego życia.
I właściwie dopiero teraz, po poznaniu Sylwii, rozpoczął się proces mojego
wychodzenia z cienia. Pamiętam, z jaką ogromną ulgą po dwóch tygodniach
nie kończących się rozmów z Sylwią wyksztusiłam wreszcie, że jestem
LESBIJKĄ. Jestem lesbijką!!! I po raz pierwszy w życiu nie tylko umiałam
tak powiedzieć o sobie, ale także nie wstydziłam się tego, nie czułam się
grzeszna, brudna, ani zboczona. Jestem lesbijką i nie mam zamiaru leczyć
nieuleczalnego! Nie utrzymuję bezpośredniego kontaktu z mężem. W sierpniu
2002 roku napisałam do każdej z moich córek bardzo oględny w słowach list
informując je, że mieszkam z Sylwią, że Sylwia jest dla mnie dobra, że
jest dla mnie bardzo ważna. Najstarsza córka obraziła się na mnie,
napisała do mnie bardzo przykry list i nie odzywa się do mnie. Co prawda
po wyjściu za mąż córka wyraźnie nie zdradzała ochoty na bliski kontakt ze
mną a sprzyjało temu odległe miejsce zamieszkania, ja jednak zawsze
chciałam, aby nie zrywała ze mną całkowicie. Nie pogodziłam się z tym
jeszcze. Często płaczę na myśl o utracie córki. Niestety nie umiem
przerwać jej milczenia. Średnia córka, nie wnikając w charakter moich
stosunków z Sylwią, napisała do mnie ciepły list, zapewniając o swoim
przywiązaniu i miłości. Najmłodsza była u nas, spędziła ze mną i Sylwią
jeden weekend. Zachowywała się tak jakby nigdy nic, jakby nie rozumiała
łączących nas z Sylwią więzi.

W listopadzie w Internecie ukazało
się ogłoszenie o projektowanej przez TVN audycji z cyklu „Rozmowy w toku”
poświęconej w całości związkom kobiet. Postanowiłam zgłosić swój udział.
Sylwia poparła ten projekt i na nagranie miałyśmy pojechać razem. Teraz
już wiedziałam, że muszę jasno i wprost powiedzieć moim córkom, tak by
ewentualna audycja nie była dla nich zbyt dużym szokiem. Napisałam do
każdej z nich oddzielnie list. Pisałam te listy w ogromnym napięciu,
płacząc, wypalając niezliczoną ilość papierosów. Pisałam i myślałam, że
nie przeżyję, nie wytrzymam i gdyby nie pomoc, wsparcie, jakiego cały czas
udzielała mi Sylwia, to nie poradziłabym sobie, nie zdobyłabym się na
odwagę napisania i wysłania tych listów. Oto one:


List 1.


Kochana Olu!

Piszę do Ciebie z
bardzo mieszanymi uczuciami, ponieważ obawiam się, że po tym, co tu
przeczytasz zerwiesz ze mną wszelkie kontakty. Nigdy nie rozmawiałyśmy
poważnie o tym, jak ja żyję i co leżało u podłoża mojego odejścia od ojca.
Nigdy też, szczegółowo nie opowiadałam Ci o moim życiu, chociaż w dużej
części tego życia uczestniczyłaś. Domyślasz się lub wiesz o tym, że byłam
w dzieciństwie wykorzystana seksualnie, że moja orientacja seksualna nie
do końca jest zgodna z biblijnymi normami. Przez cały czas próbowałam
sobie poradzić ze swoją tożsamością. Nie mogłam dłużej żyć w poczuciu, że
jestem grzeszna, bo nie radzę sobie ze swoją seksualnością. Jestem
lesbijką. Kocham kobietę. Żyję z nią. Chcę, abyś o tym wiedziała, tym
bardziej, że postanowiłam wziąć udział w programie poświęconym temu
tematowi w TVN, „Rozmowy w toku” a nie chciałabym, żebyś dowiedziała się o
tym nie ode mnie. Mam nadzieję, że będzie Ci łatwiej reagować na
ewentualne reakcje ludzi, odpowiadać na ich pytania, z czym jak mi
pisałaś, masz problem. To, że jestem lesbijką nie zmienia faktu, że jestem
w dalszym ciągu taka sama, jestem Twoją mamą. Ani tego, że kocham Cię i
zawsze będę Cię kochała. Pozostawiam Twojej decyzji czy będziesz o mnie
rozmawiała ze swoim mężem. Kilka słów o mnie: Jestem zdrowa, pracuję, w
redakcji, mam pracę na umowę zlecenie. Czytam i odpowiadam na listy od
czytelników, które ewidencjonuje i wpisuję do komputera. Dbam o ciśnienie,
to znaczy, że jestem pod stałą kontrolą lekarza i regularnie biorę
tabletki. Mieszkam w Warszawie, na Mokotowie razem z Sylwią. Mamy dwa
pokoje z kuchnią, psa i dwa koty. Jeśli tylko będziesz chciała możesz nas
odwiedzić, mamy możliwość przenocowania jednej osoby. Była już u nas
Monisia, spędziłyśmy razem weekend, byłyśmy w Teatrze Narodowym na
„Weselu” Wyspiańskiego. Sylwia pracuje w tym teatrze. Pomimo Twojego
milczenia często o Tobie myślę: czy jesteś zdrowa, czy masz pracę? Martwię
się czy nie głodujesz? Jak sobie radzisz? Chciałabym dla Ciebie jak
najlepiej. Nie chciałabym zrywać z Tobą kontaktu. Nie bardzo rozumiem, co
rozumiesz przez „kontakt niezbędnie konieczny” czy to, że ewentualnie
przyjedziesz na mój pogrzeb? Przecież nie masz zwyczaju pisać do mnie ani
przysyłać okolicznościowych kartek z życzeniami z jakichś tam okazji.
Więc, jak miałby wyglądać ten „niezbędnie konieczny powód”, żebyś się do
mnie odezwała??? Czy sam fakt, że jestem Twoją mamą nie jest
wystarczającym powodem abyś zainteresowała się tym, co robię i jak żyję?
Czy czujesz się zwolniona ze wszelkich rodzinnych obowiązków? Czy w
zakresie „miłości chrześcijańskiej” nie mieści się zwyczajne
zainteresowanie matką??? Przemyśl sobie to. Będzie mi miło, jeśli się do
mnie odezwiesz. Pozdrawiam Cię serdecznie i całuję

PS Oczywiście
pozdrów ode mnie swojego męża, Mariusza. Podobny w treści list napisałam
też do Natalki i Monisi.



List 2.


Kochana Natalko!

Bardzo dziękuję Ci
za list i bardzo ładne zdjęcia. Cieszę się, że będziesz miała możliwość
zarobienia oraz z tego, że Emilek będzie miał kolegę do zabaw. Mam
nadzieję, że ten pomysł się uda i spełni Twoje oczekiwania. Moje życie
płynie w miarę spokojnie. Zapanowałam w pracy nad komputerem. Podręcznik
okazał się bardzo przydatny. Uwolniłam się też od lęku przed nowym
sprzętem i teraz posługuję się nim biegle. Nic, więc nie wskazuje, że
stracę tę pracę. To już trzeci miesiąc tej pracy. Idzie mi dobrze. Jedyny
feler to trochę za niska płaca, ale po nowym roku mam zamiar porozmawiać z
Szefową o ewentualnym etacie i o lepszej pensji. Moje zdrowie niestety
jest kosztowne. Mam jednak już ubezpieczenie wynikające z umowy zlecenia,
to znaczy płacę cały ZUS, więc przynajmniej leki mam tańsze. Ale wcześniej
musiałam iść prywatnie do lekarza i zapłacić za wszystko. Dbam o
ciśnienie, dobrze się odżywiam. Bardzo pomaga mi w tym Sylwia. Mały kotek,
którego dostałam od Sylwii w dniu powrotu od Was jest już fajnym
kocurkiem. Właśnie śpi na fotelu za mną i grzeje mi plecy, jeśli tak można
nazwać to, co mi grzeje… Bardzo mi było dobrze u Was. Emilek jest miłym
dzieckiem i cieszy mnie taki udany wnuk. Szkoda tylko, że nie mogę
częściej Was widywać. Ale może po nowym roku to się poprawi? Zresztą i tak
będę musiała przyjechać, bo chcę złożyć pozew do sądu o rozwód i moja
obecność w L. będzie konieczna. Będzie okazja, aby znowu się spotkać. A Wy
nie przyjedziecie do Warszawy, do mnie, choćby na kilka godzin? Czy taka
wizyta byłaby możliwa? Bo możliwości przenocowania Waszej trójki raczej
nie mam. Zdecydowałam się wziąć udział w programie TVN „Rozmowy w toku”.
Być może program ten będzie dla Was szokiem, dlatego piszę, aby uprzedzić.
Nie umiem dłużej żyć ukrywając swoją tożsamość. Całe życie męczyła mnie
moja orientacja seksualna. Robiłam wszystko, by udowodnić sobie i
wszystkim swoją „normalność”. Niestety, nie jestem „normalna”, chociaż
sama tak nie uważam, bo dopiero teraz żyję w zgodzie ze sobą. Jestem Twoją
mamą, nadal Cię kocham, nic nie zmieniło się, jeśli chodzi o moje uczucia
dla Ciebie, Sławka, Emilka, Oli i Monisi. Nie mogę dłużej żyć w poczuciu
ogromnego obciążenia grzechem, udając, że wszystko jest w porządku. Jeśli
moje decyzje o ujawnieniu będą dla Was za trudne, zrozumiem i nie będę
gniewać się, choć na pewno będzie mi przykro, jeśli zerwiecie ze mną
wszelkie kontakty uznając, że nie jestem właściwym dla Was towarzystwem,
ale uszanuję wszelkie Wasze decyzje. Pozdrawiam Cię serdecznie. Sławka
oczywiście także. I Emilka. Całuję wszystkich

PS Podobny list
wysyłam też do Oli i Moniki, bo chcę by one też wiedziały.



List 3.


Kochana Monisiu!

Początkowo
myślałam, żeby pominąć Ciebie w moim zamiarze nie informowania o
zdarzeniu, które niebawem będzie miało miejsce. Napisałam już o tym do
Natalki i do Oli. Doszłam jednak do wniosku, że to byłoby nie w porządku.
A zresztą, jak przypuszczam, wcześniej czy później i tak byś się o
wszystkim dowiedziała za sprawą telewizji i być może niemiłych dla Ciebie
reakcji Twoich koleżanek lub znajomych. Być może też rozmawiał z tobą
Ojciec o moim zamiarze wystąpienia w TVN w programie o lesbijkach „Rozmowy
w toku”. Mimo wszystko, mimo oporów wynikających po części z chęci
zaoszczędzenia Ci szoku, piszę i do Ciebie. Ufam, że jesteś wystarczająco
dorosła by przyjąć moje słowa ze spokojem, chociaż nie łudzę się, być może
nigdy nie pogodzisz się z faktem, że Twoja mama jest lesbijką. Ale taka
jest prawda. Prawda, której zaprzeczałam przez całe życie, którą skrzętnie
ukrywałam przed ludźmi, przed Twoim ojcem, przed moimi dziećmi. Dłużej
tego ukrywać nie chcę. I nie mogę. Nie da się żyć podwójnym życiem. Nie
można na dłuższą metę oszukiwać siebie i świata. Tym bardziej, że to nie
jest kwestia wyboru. Gdyby tak było to nie męczyła bym się „wybrawszy”
życie heteroseksualne. Gdyby tak było nie męczyła bym się w związku
małżeńskim. Gdyby to była kwestia wyboru nie podejmowałabym prób leczenia
się u psychologów i seksuologów. Bardzo dawno temu, jeszcze, kiedy Ciebie
nie było na świecie byliśmy razem z Twoim Ojcem u seksuologa, który już
wtedy powiedział, że nie podejmuje się leczenia, ponieważ homoseksualizm
jest nieuleczalny. I w ogóle nie jest chorobą. Wtedy mu nie uwierzyłam.
Myślałam, że to minie, że sobie poradzę. Potem, gdy poznawałam biblię i
chciałam żyć w zgodzie z nią uparcie odmawiałam sobie prawa do
samookreślenia siebie. Homoseksualistą wbrew pozoru po prostu się jest. To
taka sama cecha osobowości jak kolor włosów, oczu czy praworęczność. Fakt,
że homoseksualistów jest tylko lub może aż 10 % populacji nie dowodzi, że
oni wybrali takie życie. Wskazuje, że w twojej klasie jest statystycznie
około trzech osób o innej niż „normalna” orientacji seksualnej. Opinie
innych ludzi na temat homoseksualistów są krzywdzące i nieprawdziwe,
nacechowane wynikająca z niewiedzy obsesyjną nienawiścią do tego, co inne.
Dlatego chcę wystąpić w tym programie. Chciałabym, aby ludzie zrozumieli,
że lesbijka to taka sama kobieta jak inne, pracuje, oddycha, je, śpi,
chodzi na spacery i jedyne, co ją różni od innych kobiet to fakt, że kocha
kobietę i tworzy z nią mniej lub bardziej udany związek. Chciałabym abyś
obejrzała ten program. I jeśli będziesz chciała to zawsze porozmawiam z
Tobą na ten temat, ponieważ nie wstydzę się tego, kim jestem. Fakt, że
jestem lesbijką w niczym nie zmienia faktu, że jestem Twoją mamą, że
bardzo Cię kocham i będę zawsze kochała. Mam nadzieję, że odezwiesz się do
mnie. Napiszesz. Albo po prostu zadzwonisz. Zależy mi na utrzymaniu z Tobą
kontaktu. Zależy mi na Tobie. Pozdrawiam Cię i całuję.


Ola nie
odpowiedziała do dzisiaj. Natalia obiecała list, więc czekam. Z ogromnym
niepokojem. Monika przysłała mi SMS – a o takiej treści:

Mamut!
To, że nie pochwalam Twojego postępowania nie znaczy, że nie będę się z
Tobą kontaktować. Jesteś moją Mamą i zawsze będę Cię kochać. Monika.



Wszystkie moje córki są bardzo religijne, co na pewno ma znaczenie
w trudnościach w przyjęciu mojej postawy.

W styczniu 2003 roku
pojechałyśmy z Sylwią na nagranie audycji „Rozmowy w toku”. Bardzo
przeżyłam to zdarzenie. Cieszyłam się i jednocześnie bardzo bałam. W
trakcie nagrania okazało się, że potrafię opanować emocje, mówiłam
spokojnie o swoim życiu, o silnym uczuciu, jakim darzę Sylwię, o naszych
wspólnych planach zalegalizowania tego związku jak tylko będzie to w
Polsce możliwe. Właściwie nie mogę powiedzieć, że proces ujawniania się
jest już za mną. Zrobiłam to w najmocniejszy z możliwych sposobów.
Publicznie, całej Polsce, oznajmiłam, że jestem lesbijką. Krąg moich
najbliższych znajomych i przyjaciół okazał mi dużo serdeczności i
wsparcia. Nie zawiodłam się na nich. Przede mną jeszcze reakcje dalszych
znajomych, brata i jego rodziny, kolegów z Pracy. Nie wiem jak ułożą się
moje stosunki z córkami PO programie.

Wiem na pewno, że warto było
ujawnić się. Dla mnie samej, bo żyje mi się spokojniej, nie mam już
poczucia, że jestem brudna. Jestem normalna. Tak odebrali mnie uczestnicy
audycji telewizyjnej, tak traktują mnie rodzice Sylwii. Kocham Sylwię.
Jestem spokojna o nasz związek. Mam nadzieję, że moje wyznanie pomoże
innym w procesie ujawniania się. Chciałabym też pomagać innym lesbijkom.
Byłam już na szkoleniu dla wolontariuszy i w najbliższym czasie mam
nadzieję przyłączyć się do grona pomagających w Stowarzyszeniu „Lambda”.


Baszka von Hanff

Warszawa, dnia 21 stycznia 2003
roku

Autorzy:

zdjęcie Baszka von Hanff

Baszka von Hanff [1]

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 12; nazwa: B_von_Hanff