Jak ci na imię?

Kiedy rodzi się
dziecko chcemy czym prędzej je obdarzyć imieniem. Niektórzy nawet z
wielkim namaszczeniem przeglądają leksykony, almanachy i kalendarze, żeby
ostatecznie mianować chłopca Hildebrantem, a dziewczynkę Różą.

Bez względu
jednak na mniejszą, czy większą pretensjonalność imienia, nie da się
zaprzeczyć, że to bardzo ważny moment dla całej rodziny, nie mówiąc już o
samym zainteresowanym, któremu w to przyjdzie do końca życia borykać się z
brzemieniem – dajmy na to – Leopolda wpisanego do metryki.
Właściwie na dobrą sprawę można by się nawet pokusić o
stwierdzenie, że nadawanie imienia stanowi rodzaj bezbolesnej inicjacji w
życie, pierwszego przyzwolenia na uczestniczenie w danej społeczności.
Dziecko przestaje być czymś, staje się kimś. W ezoteryce ów ważny moment
jest uznawany za ostateczne – najprawdziwsze – powołanie do życia. Imię
zawiera w sobie znamiona indywidualności i osobowości, więc w pewnym
sensie czyni człowieka człowiekiem. Nawet w Biblii stoi – w księdze
Genesis – napisane, że kolejnego dnia stwarzania świata Bóg wezwał
wszystkie zwierzęta i nadał im imiona, dzięki czemu mogły się różnić
między sobą, choć nadal każde nosiło wspólne dla wszystkich imię – Istota.
Czyżby podobny mechanizm można było dostrzec w różnych dziedzinach
lub aktywnościach człowieka? Czy gdyby żywcem przenieść na grunt
negatywnych doświadczeń lub odczuć teorię powoływanie do życia poprzez
nadawanie imienia, nadal działałaby jak inicjacja? Czy gdyby zastosować
taki sposób myślenia w stosunku nie do istot, a do procesów, zaistniałaby
jakakolwiek analogia? Spróbujmy poszukać odpowiedzi na tak postawione
pytania. Wiele osób naiwnie sądzi, że problemu nie ma póki go nie
nazwiemy. Czyli np.: „Nie jestem tak do końca gejem, póki się do tego nie
przyznam głośno. Nie jestem chory na raka, bo nie byłem u lekarza, niczego
więc nie stwierdzono, a co za tym idzie nie zakomunikowano mi, z czystym
sumieniem mogę się nadal łudzić. Nie jestem taki/taka, nie nazywaj więc
mnie w ten sposób. Mogę przestać kiedy chcę, nie jestem jak inni,
alkoholizm mnie nie dotyczy. Wcale nie jestem lesbijką, po prostu z
dziewczynami rozumiem się lepiej i lepiej się czuję w ich towarzystwie, to
normalne wśród kobiet. Nie będę nosić etykietki żyda, nikt nie musi
wiedzieć o moim pochodzeniu, nie noszę przecież napisu na czole.”
Ale czy rzeczywiście tak jest? Czy rzeczywiście ukryty za kurtyną
i nienazwany kłopot jest mniej realny? Tym samym można by zapytać, czy
jeszcze nienazwane dziecko jest mniej żywe od ochrzczonego? Idąc dalej,
czy problem nie funkcjonuje – nawet bardziej i głębiej – mimo, że go nie
chcemy zaakceptować, a więc i nazwać? Co się stanie jeśli kobieta
kochająca kochać kobiety przyjmie odpowiednią etykietkę? Co zmieni się w
życiu chłopaka, który – na razie tylko samemu sobie – przyzna się, że jest
gejem?

Czy zawali się świat?

„Łatwo ci mówić” – usłyszałam dawno temu od
znajomego – „nie jesteś nawet lesbijką. Nie musiałaś nigdy ryzykować
mówiąc TAKĄ prawdę o sobie.” Trudno odmówić racji podobnemu stwierdzeniu.
Czyżby więc specyfika niektórych etykietek pociągała za sobą niszczenie –
częściowo przynajmniej – światopoglądu, miłości własnej, czy nawet
szacunku własnego? Czy istnieje jakiś konkretny powód, który zmusza lub
popycha nas by przeistaczając się ze zwyczajnego człowieka w
człowieka-geja, czy człowieka-lesbijkę lubić siebie mniej przy
jednoczesnym zdwojonym wysiłku dla udawania, że jest dokładnie odwrotnie?
Zdarza mi się czytywać lub usłyszeć: „Lubię siebie i mój sposób
życia. Jestem homoseksualistą, nie wstydzę się tego, a nawet jestem z tego
dumny.” Jednak ton głosu mówiącego, czy ogólna konkluzja wyzierająca z
tekstu jego autorstwa świadczą o czymś zgoła odmiennym. Często są to
wypowiedzi w sposób nie do końca ukryty mówiące o wstydzie i niechęci do
siebie. Ale autor pytany o to wprost automatycznie zaprzecza: „Jaki wstyd?
Jaki problem? Ja jestem szczęśliwy i niczego w moim życiu bym nie zmienił.
To świat jest zły i nietolerancyjny, a nie ja.” Ta przedziwna ambiwalencja
– jakże charakterystyczna dla człowieka jako takiego – daje się uchwycić
we wszystkim, co starają się głosić przedstawiciele mniejszości. Miłość
własna miesza się z niechęcią i pogardą dla tego kim się jest. Zupełnie
jak Tolkienowski Golum, ludzie o odmiennej orientacji często nie wiedzą
czy bardziej siebie lubią czy nienawidzą. Tak to przynajmniej wygląda z
boku. Widać stąd, że słowo HOMOSEKSUALIZM obciążone zostało
przez wieki tak negatywnym bagażem, iż wnikając w jego długi cień, trudno
jest nie ulec wrażeniu, że czyni się coś skrajnie niewłaściwego, co
niechybnie pociągnie za sobą bardzo bolesne konsekwencje. Wszyscy bowiem
znają prawdę, że homoseksualista to odmieniec i przegięty wybryk natury,
więc kto zdrowy na umyśle chciałby nosić taką etykietkę z dumą? Stereotyp
podobnego myślenia jest bardzo trudny, jeśli nie całkowicie niemożliwy do
przezwyciężenia i przede wszystkim właśnie to stanowi istotny ciężar
gatunkowy tego słowa-etykietki.
src=”images/foto/ehe.jpg” BORDER = „1″ align=right vspace=5>Pamiętam jak
kiedyś uczestniczyłam w psychodramie polegającej na odgrywaniu ról
zaczerpniętych ze świata mniejszości seksualnej. Przypadła mi w udziale
scenka, gdzie ze spokojnej matki dziecku musiałam się przeistoczyć w
nastoletnią lesbijkę, która właśnie zaczyna godzić się ze swoimi
skłonnościami. Mawia się, że aktor gra czym ma, więc zanim przystąpiłam do
wejścia w „zabawę”, spróbowałam niejako przesunąć swój umysł w stronę
bycia „inną” i próby zaakceptowania tego faktu, ale jednocześnie
zachowując szacunek dla samej siebie i to na każdym polu. W
większości przypadków osoby heteroseksualne bardzo boją się podobnych
„zabaw”, zupełnie jakby homoseksualizm stanowił chorobę możliwą do
zaszczepienia przy nieodpowiedniej higienie pojęciowo-myślowej. Tylko
dlatego, że to nie była pierwsza psychodrama, w której uczestniczyłam,
zdołałam szybko pokonać własne opory, co pozwoliło mi w miarę bez zgrzytów
wniknąć w rolę. Widziałam jednak, że nie wszyscy uczestnicy „zabawy”
równie gładko przechodzili przez oczyszczający ogień tolerancji w
praktyce, czyli tak naprawdę wyrozumiałości także dla samego siebie.

Jedna mała etykieta

Jedna mała etykietka, można by rzec, a
wszystko zaczyna jawić się w nieco odmiennych barwach. Rzeczywiście w moim
nowym życiu – jako lesbijki – sporo się zmieniło. Niby ciągle nosiłam to
samo imię, miałam tych samych rodziców, przyjaciół, ale nie miałam już
pewności, czy pozostaną przy mnie jeśli się ujawnię. Otwartą pozostawała
np. kwestia, czy koleżanki nadal będą się ze mną spotykać, czy też zaczną
się mnie obawiać w każdym geście dopatrując się zachowań seksualnych lub
wręcz uwodzenia. Albo czy moja mama – przy całej swojej wielkoduszności
wobec świata i jego różnorodności – pogodzi się łatwo z faktem, że jej
wymarzony zięć będzie nosił imię Barbara? No i na koniec, czy w przyszłej
pracy pozostanę dziewczyną, czy wyuzdanym wampem w wyobraźni mężczyzn
nieodmiennie kochającym się z wieloma pięknymi kobietami? Takie pytania
nie były ani wygodne, ani miłe. Źle się czułam wiedząc, że
najprawdopodobniej całe moje dotychczasowe życie, plany na przyszłość i
układy towarzyskie być może zostaną przewrócone do góry nogami lub nawet
bezpowrotnie legną w gruzach i to przez jedną małą – z pozoru nic nie
znaczącą – etykietkę. Stoczyłam więc – podczas psychodramy –
wewnętrzny bój i włożyłam wiele wysiłku w próbę wmówienia sobie, że
lesbijstwo mnie jednak nie dotyczy (jednocześnie pamiętając, że gram osobę
nieodwracalnie „zakodowaną” na kobiety). Całą duszą zapragnęłam więc –
nadal jako zawołana lesbijka – być taka jak inni, żeby oddzielające mnie
od świata bariery znikły, rozpłynęły się jak jedna wielka pomyłka i
złudzenie. Ale tak się nie dało. Natura niejako wybrała za mnie, cóż mi
pozostawało jak tylko pogodzić się z prawdą, przyjąć nowe imię i nauczyć
się nosić je dumnie bez względu na to czy mi się taki los podoba, czy nie.

Droga przez piekło

Większość teorii, którym – jako osoba
heteroseksualna – hołdowałam przed wejściem w psychodramę, czyli zanim
poczułam w sobie lesbijkę, po zakończonej sesji musiałam odesłać do
lamusa. Rzeczywiście łatwo się głosi najróżniejsze prawdy i obdarza świat
dobrymi radami, póki się samemu nie wejdzie po szyję w to, co nas
wcześniej nie dotyczyło. Powtarzanie „inni cię polubią jeśli sam siebie
polubisz” staje się w takiej sytuacji pół prawdą. Nadal działa ten
mechanizm będący żelazną zasadą relacji międzyludzkich, czyli jeśli siebie
akceptujemy, to i otoczenie prędzej, czy później ustosunkuje się do nas
pozytywnie. Jednak z drugiej strony patrząc, jak może sobie pozwolić na
samoakceptację bardzo młoda osoba zderzająca się ze skrajnym odrzuceniem i
wyszydzeniem ze strony całego niemal świata, często również ze strony
najbliższego otoczenia? Na pierwszym etapie przyjmowania etykietki trudno
jest o zdrowy dystans, kiedy wszystko w młodym człowieku aż kipi od
nadmiernych emocji i nie zawsze ujawnionego lęku. Przeczytałam nawet
kiedyś, że to istna droga przez piekło, po chwili zastanowienia muszę się
zgodzić z takim porównaniem. Domniemywać można oczywiście, że u
różnych ludzi bywa różnie, jak ze wszystkim w życiu. Odnoszę jednak
wrażenie, że tak w godzeniu się ze swoją odmiennością, jak i z późniejszym
głośnym przyznawaniem się do wspomnianej odmienności zachodzą podobne
etapy, czy stany psychiczne, jak w przypadku bardzo trudnych życiowo spraw
tj. np. nieuleczalnych chorób. Co prawda homoseksualizm żadną miarą nie
może być ani diagnozowany, ani tym bardziej traktowany jak choroba, a
szczególnie choroba przejściowa, czy uleczalna, nie mniej jednak stanowi
zjawisko trudne dla samych zainteresowanych i ich otoczenia, więc
mechanizm jest najprawdopodobniej niemal bliźniaczy.

Wycofanie, złość, pogodzenie się

Czyli w pierwszej chwili, kiedy
homoseksualne skłonności stają się w życiu danej osoby w pełni
uświadomione, nie chce się ich tak naprawdę przyjąć do wiadomości – „ja
nie jestem taki/taka”. Z czasem, kiedy faktom nie można dłużej przeczyć, a
odmienność staje się w pełni doświadczaną rzeczywistością, pojawia się
złość. Takie osoby czują wtedy zazwyczaj, że pozostają im tylko dwie drogi
dla odreagowania narastającej frustracji – walczyć ze sobą, albo z całym
światem, który zapewne przemieniony dzięki ich walce eksploduje
przynoszącą ulgę akceptacją. Na końcu jednak – przy więcej niż odrobinie
dobrej woli i szczęścia – udaje się zaakceptować swoją inność lub chociaż
zacząć ją tolerować, dzięki czemu staje się wreszcie możliwe jako tako
spokojne życie wiedzione zgodne z cytowaną tu wielokrotnie zasadą: „Inni
cię polubią jeśli ty polubisz siebie.”

Skąd ten strach?

Wróćmy jednak do ciągle otwartego pytania, cóż
tak straszliwego chowa się pod słowem HOMOSEKSUALIZM, że wielu nie
chce przyjmować tego imienia i żyje w głębokim ukryciu. Przecież nie może
to być tylko stereotyp życia wbrew naturze, albo zakaz adopcji czy
uzewnętrzniania publicznie uczuć do bliskiej osoby. Nie wszyscy marzą o
niańczeniu niemowląt i całowaniu się na ulicy, więc cóż to tak naprawdę
może być? Skąd tyle udawania w środowisku homoseksualnym, skąd tyle
wzajemnej pogardy, skoro gej/lesbijka brzmi dumnie?
src=”images/foto/lesbe.jpg” align=left vspace=5>Mogłabym teraz
pójść na łatwiznę i zacytować całą masę obowiązujących – szczególnie w
naszym kraju – stereotypów. Słów by zabrakło dla złożoności omawianego
zjawiska, które datuje się na tysiące lat wstecz i nieodmiennie w
kolejnych kulturach spotyka się, w różnym stopniu, ale jednak z
potępieniem. Bo przecież zdecydowanie za nieliczne można uznać momenty
historyczno-geograficzne, kiedy to homoseksualizm bywał czymś „normalnym”,
czyli społecznie akceptowalnym. Powodów tej sytuacji jest oczywiście
wiele. Wydaje mi się jednak, że dla potrzeb tego wywodu najrozsądniej
byłoby zrezygnować z sięgania po wzywaną często na winowajcę machinę
wychowawczą i skupić się raczej na czymś tak ulotnym jak szacunek.
Przeczytałam kiedyś w pewnym pamiętniku: „Uważajcie, bo
samo bycie gejem, Żydem czy murzynem nie czyni lepszym człowiekiem. Bycie
ofiarą nie czyni moralnie większym. Chciałbym wiedzieć, że za sprzeciwem,
czy uczuciem przykrości (żeby uniknąć nieprzyjemnego słowa „ból”), jakie
rodzi się we mnie, gdy czytam o tym, co się dzieje wokół akcji przeciwko
homofobii, czy gdy słyszę jak ktoś kogoś wyzywa od pedałów, że za tym jest
coś więcej niż prosty fakt, że znajduję się po drugiej stronie barykady,
że akurat jestem gejem, a nie hetero. Nie widzę w sobie materiału na
herosa, na moralnego giganta, nie sądzę też, żeby wielu mogło nimi się
stać. Myślę, że drogą, którą wszyscy mogą pójść, jest usilne próbowanie
zrozumienia, jest próbowanie odbudowania szacunku. Bo przecież
nie to mnie boli, że jako gej budzę w kimś odrazę, nawet obrzydzenie, boli
to, że według niektórych nie zasługuję na szacunek tylko dlatego, że
jestem gejem.
Przedwczoraj spotkaliśmy z X'em w pedalskiej
knajpie pewnego znajomego hetero, skądinąd człowieka nieźle stukniętego,
ale stukniętego raczej pozytywnie. Nie ukrywał, że przegięte cioty budzą w
nim obrzydzenie, że brzydzi się Xem i brzydzi się mną, kiedy robimy „takie
ruchy nadgarstkami” (bo oczywiście przeginaliśmy się, żeby mu zrobić na
złość), rozmawialiśmy o tym dobrą godzinę. Jednak wiedziałem, że ten
człowiek ma dla mnie dużo szacunku. Nie oburzają mnie głupie
pytania, dowcipy o pedałach, nie oburza mnie zniesmaczenie, ale już np.
oburza mnie gdy ktoś odbiera mi godność. Oburza mnie, gdy ktoś podważa
moją podmiotowość i prawo do decydowania, co jest dla mnie lepsze. I
wkurza mnie X, gdy wymaga totalnej akceptacji i uwielbienia od całego
świata, a kiedy widzi, że jej nie dostanie, po prostu się obraża. Gdy na
brak szacunku odpowiada brakiem szacunku.” *
W pewnym sensie
na tym mogłabym chyba zakończyć swój przydługi wywód. Męczy mnie jednak
kłujące w żebra uczucie niedosytu, wrażenie, że pozostało jeszcze coś do
dodania. Bowiem nie raz i nie dwa bywałam świadkiem przejawianej w
środowisku homoseksualnym wzajemnej pogardy i jako osoba heteroseksualna,
czyli wyłączona z „klubu”, dziwiłam się temu bardzo. Skąd tyle wzajemnej
niechęci i wrogości? Skąd taka nienawiść dla słowa HOMOSEKSUALISTA
i to nienawiść wewnątrz samego środowiska?

Ty cioto, ty pedale

Znajomy mi kiedyś powiedział, że tak jak
murzyn ma moralne prawo mówić do drugiego murzyna „ty czarnuchu”, tak gej
może czule określać swojego kumpla mianem „ciota”. Całe stwierdzenie miało
być tylko żartem, ale jakoś mnie nie rozbawiło. Umniejszanie
czyjejś wartości za sprawą – nawet używanych niby to żartobliwie –
przyjętych za obraźliwe określeń, świadczy zazwyczaj o braku szacunku dla
samego siebie. I tego właśnie moim zdaniem brakuje środowisku
homoseksualnemu – szacunku dla swojej inności.
Najwięcej tak
zwanych przegięć w napotkanym geju zawsze zobaczy nikt inny, tylko drugi
gej. Osoby heteroseksualne w swojej codziennej gonitwie, nawykłe do
wszech-heteroseksualnego modelu życia, rzadko dopuszczają do siebie myśl o
cudzej odmienności, więc zwyczajnie nie zwracają uwagi na jakiekolwiek
symptomy domniemanej zniewieściałości u mężczyzn, czy zbytniego
„utwardzenia” w przypadku kobiet. Mało którego heteryka zajmuje
dopatrywanie się w kimś geja czy lesbijki, chyba, że zachowanie takiej
osoby stanie się obcesowe (przesadnie przegięte) lub głośno ujawnione
(wtedy często ciekawość lub lęk biorą górę nad rozsądkiem). Nie
można wymagać od świata aby nas doceniał, szanował, czy wręcz kochał,
jeśli sami uważamy siebie za niegodnych podobnego traktowania.
Jeżeli ktoś obraża – choćby tylko poprzez zjadliwe kpiny –
jakoś tam sobie podobne osoby, daje wyraz pogardy przede wszystkim dla
samego siebie. Jak świat heteroseksualny ma uznać mniejszość homoseksualną
za „normalnie” żyjących ludzi, skoro sami homoseksualiści ochoczo
twierdzą, że – z całym szacunkiem – „cioty i lesby nie są normalne”. Gdzie
tu logika, gdzie sens?

Skazani na homoseksualizm

Oczywiście celowo wyolbrzymiam i
skrajnie upraszczam zjawisko. Wszystko po to, aby ostatecznie zmierzyć się
z etykietką HOMOSEKSUALIZM. Pejoratywny wydźwięk tego określenia
bierze się w dużej mierze z przypisywanej kochającym inaczej słabości.
Często spotykane przeświadczenie rysuje lesbijki jako heteroseksualne
kobiety, zdjęte panicznym strachem przed mężczyznami. Zaś geje to
mięczaki, zwykłe maminsynki bez jaj szukające ucieczki przed matką
widzianą w każdej napotkanej kobiecie. Taki stereotyp potrafi się
„odbijać czkawką” nawet całkiem dorosłym i świadomym siebie
homoseksualistom. Stąd pewnie ciągłe sprawdzanie w jakim stopniu się jest
przegiętym, jak bardzo odpłynęło się już od brzegów „normalności”. Brak
zdrowych wzorców, czy choćby odnośników dla nie zaburzonych
homoseksualnych zachowań pozostawia swobodę w interpretowaniu bycia
bardziej lub mniej „normalnym” człowiekiem-gejem/lesbijką.
Czyli przyjmując etykietkę HOMOSEKSUALIZM, w pewnym
sensie traci się grunt pod nogami. Nagle przestaje być jasno zarysowane co
dobre, a co złe. Rozmywają się ramy kobiecości i męskości. Facet
przytulający się do faceta naraża się na uszczypliwe uwagi ze strony
partnera – bo prawdziwi mężczyźni nie przejawiają pewnych zachowań nawet
jako geje. A kobieta – choćby tylko z konieczności – samodzielnie
wbijająca gwoździe i radząca sobie ze wszystkim bez pomocnego męskiego
ramienia staje się automatycznie babo-chłopem.

Wzorce? zrób to sam!

Przenoszenie heteroseksualnych wzorców na
homoseksualny grunt nie zdaje egzaminu, ale osoby wychowane – jak chyba
wszyscy (przynajmniej na razie) – w heteroseksualnych rodzinach tylko
takie wyznaczniki posiadają. Nie istnieje szkoła zdrowego gejostwa, czy
prawdziwego lesbijstwa. Każdy sam musi sobie radzić z wypracowywaniem
nowych zachowań, czy interpretacją cudzych reakcji. To zdecydowanie trudny
proces, w którym upatrywałabym źródła ucieczki homoseksualistów od
przyjmowania, czy godzenia się na taką, a nie inną etykietkę. Czy
to się kiedykolwiek zmieni? Tak, o ile środowisko poczyni wysiłek w pracy
nad auto szacunkiem. I wcale nie trzeba będzie czekać pokoleń, żeby móc
cieszyć się owocami zainwestowanego w proces wysiłku, jestem o tym
przekonana. Czasami rzeczywiście wystarczy chcieć i z otwartą głową
pokusić się o szczerość wobec siebie, a wszystko zaczyna działać w nowy,
oczekiwany sposób.. * cytat opublikowany za zgodą autora

Autorzy:

zdjęcie Szara

Szara

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 5; nazwa: Szara




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa