Diablice w trykotach, szatan w garniturze

Są płyty, są wykonawcy, są głosy, które w jakiś wyjątkowy,
podprogowy sposób szczególnie podobają się lesbijkom i gejom. Istnieje
całkiem spora grupa artystów tworzących współczesną muzykę popularną,
którzy niezamierzenie stają się idolami w środowisku homoseksualistów.

Tytuły „gejowskich” albumów można wymieniać i wymieniać – każdy może mieć
swoje typy. Wszakże ja chciałbym stworzyć spis ubiegający się o miano
uniwersalnego – niezależnie ile ma się lat i gdzie mieszka – te płyty
uwodzą absolutnie wszystkich.

Blichtr, blask, błysk. Na dźwięk
trąbki ręce wystrzeliwują w niebo, zupełnie jakby odziane w wodospady
czerwonych pióropuszy kokoty chwytały nas za ramiona. Wodzirej podaje
rytm, biodra odbierają sygnał do tańca. That's jazz! Sześciominutowa
ekspozycja filmu „Chicago”, który triumfował na zeszłorocznych Oskarach
(13 nominacji!!!), odśpiewana i odtańczona przez Catherine Zetę-Jones daje
przedsmak nocnego życia Chicago lat 20-tych. Do tego Renee Zellweger jako
Roxie Hart – słodka idiotka z morderczymi zapędami i Richard Gere w roli
cynicznego adwokata, Billy'ego Flynna, zamieniającego salę rozpraw w
estradę. To musiało chwycić.


When you're good to mama…

„Chicago”, oparte na
musicalu Boba Fosse'a i Freda Ebba, weszło do kin na tyle późno, by na
szumnej gali Oskarów motyw Danny'ego Elfmana zdołał zmonopolizować cenny
czas antenowy. Ten znany hollywoodzki magik, który daje widzom dokładnie
to, czego potrzebują, odwalił po raz kolejny kawał dobrej roboty. I
nieważne jest, ilu speców od marketingu, public relations i reklamy
siedziało wraz z nim nad nutami – ważne, że efekt do dziś jest
piorunujący. Film, wraz z towarzyszącą mu muzyką, wpisał się w modę na
lata dwudzieste ubiegłego wieku. Lata pijącej co noc bohemy, Ala Capone i
święcącego triumfy jazzu znów są na topie. A gdy liczy się tylko dobre
show, dobra muzyka i dobry alkohol z wyższej półki, w człowieku budzą się
demony.

Obraz, w którym nie ma ani jednej pozytywnej postaci
(nawet Amos – fajtłapa, ma swoje grzeszki), za to czterech bohaterów
budzących sympatię widza musi dawać do myślenia. Soundtrack pozbawiony
jest ciężaru filmu, zachowuje jednak niepowtarzalną atmosferę środowiska,
gdzie marzące o sławie i pieniądzach tancerki są gotowe na wszystko, byle
tylko urzeczywistnić marzenia (Zellweger śpiewająca: „…who says that
murder's not enough?”). Jednak ciemne wnioski o ciemnych stronach
showbusinessu przychodzą na końcu. Wpierw jest wyśmienita zabawa, budowana
– jak to musicalach bywa – poprzez muzykę. Ścieżka w tym przypadku stała
się esencją dekadenckiego przesłania filmu – uwodzicielska, słodka i
pikantna pozostawia nas przy końcu płyty z cierpkimi myślami. Zabawa się
kończy, światła gasną, na scenie pozostaje egoistyczne beztalencie z krwią
na rękach.


Ladies and gentelmen, miss Roxie Hart says goodnight…

Osiemnaście
utworów utrzymanych w stylistyce estradowego show daje energetycznego
„kopa”. Tak jak film – zaskakuje na każdym kroku. Wpierw rzuca się w
„uszy” świeżość podejścia do silnie zegalitaryzowanego gatunku, jakim stał
się jazz. Odkurzony widowiskowy rodowód oddaje ducha nieskrępowanej
ekspresji i poczucia undergroundowości tej muzyki. Zaskakuje budowa
utworów: piosenka-wywiad z podejrzaną („We Both Reached For The Gun”),
piosenka-więzienne narzekanie („Class”), piosenka-komentarz „na żywo” do
wydarzeń („Funny Honey”), piosenka-sądowa przemowa („Razzle Dazzle”)…
Wreszcie zaskakują aktorzy. Catherine Zeta-Jones wpisuje się swym głosem w
stereotyp wyrafinowanej suki, chichocząca do mikrofonu Renee Zellweger
pokazuje talenty wokalne, których nie spodziewalibyśmy się po „Dzienniku
Bridget Jones”, gdzie pijana w trupa śpiewała „All By Myslef”. Rubaszna
Queen Latifah jako Mama Morton też ma swoje „pięć minut”, ale to dopiero
Richard Gere jest największą niespodzianką filmu i ścieżki dźwiękowej. Nie
wiem, czy pobyt w Tybecie tak na niego podziałał, czy lifting, ale Gere
wygląda, gra i śpiewa jak w czasach „Amerykańskiego żigolaka”. Tu wciela
się w rolę animatora zdarzeń i wraz ze swoją królową – wpływową
dziennikarką – decyduje o życiu i śmierci gwiazdek chicagowskiej sceny.



I don't care about expensive things, silk cravats…

Film zrobił w
Polsce karierę, na tyle dużą, by polski reżyser, Krzysztof Jasiński,
zdecydował się na przeniesienie musicalu o zdeprawowanym Chicago na
polskie deski. Realizację „wyrobu musicalopodobnego” [Jacek Marczyński
"Rzeczpospolita"] z nieśmiertelną Kasią Skrzynecką w roli Roxie, uznano
za porażkę. Nie ma co zatem liczyć na polskie kopie, lepiej od razu
sięgnąć po oryginał. Jak powiedział internetowy forumowicz: „Ta muzyka
jest tak klimatyczna, tak energetyczna i piękna, że chyba zabraknie mi już
słów, żeby dalej ciągnąć wypowiedź”
. Nie pozostaje mi nic innego, jak
zgodzić się z przedmówcą.

Autorzy:

zdjęcie Asura

Asura

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 9; nazwa: Asura




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa