Brunet wieczorową porą

Wróżenie to ciężki kawałek chleba. Zajmuję się tym od przeszło
trzynastu lat i nadal miewam kryzysy podczas których rzucam karty w kąt i
udaję sama prze sobą, że nigdy nie miałam z nimi nic wspólnego.
Przepowiadanie przyszłości to wielka odpowiedzialność. Ludzie potrafią
nawet po latach pamiętać, co im wróżka wywróżyła i czekać na ziszczenie
się przepowiedni.

Mało kto pamięta o bardzo mądrym porzekadle, że każdy z
nas jest kowalem swojego losu.

Jednak na słowa: „czeka cię
sława i wielkie pieniądze”
– czeka większość udających się do wróżki
osób. Oczywiście najwięcej emocji zawsze skupia się przy temacie uczuć.
„Miłość czeka tuż za rogiem, widzę przystojnego wybranka losu, który od
lat pragnie poznać kogoś takiego jak ty”
– takie zdanie jest chyba
jednym z bardziej pożądanych podczas spotkania „na karty”. Mnie jednak
rzadko udaje się widywać tak czyste w swojej wymowie rozkłady. Losy
ludzkie bowiem częściej bywają poplątane niż jasno określone. Dlatego
kiedy już mi się trafia jakiś szczęściarz, czy szczęściara, długo pamiętam
ich wizytę.

Tak znajomi, jak i klienci często zadają mi pytanie
gdzie ta miłość się chowa, dlaczego nie mogą sobie ułożyć życia choć są
przystojni, czy w przypadku klientek ładne. Kiedyś nawet usłyszałam uwagę
w stylu: „mam dwie ręce, dwie nogi też, ładne ze mnie chłopię,
inteligentne i oczytane, mam własny klimat, bogatą wyobraźnię, posuwiste
spojrzenie, błysk w oku i skończone studia. Co ze mną jest nie tak, że
mnie każdy facet rzuca? Wyczaruj mi tu szybko jakieś lekarstwo, albo
zobacz w tym swoim Tarocie kogoś porządnego dla mnie, tylko niech nie
będzie rozlazłym, nudnym gryzipiórkiem, bo tego nie zdzierżę. Przestanę w
ciebie i tego twojego Tarota wierzyć jeśli coś się w moim życiu nie
zmieni.”


Można by spytać, cóż biednej wróżce pozostaje czynić
na takie ultimatum? Jak sprostać wyzwaniu? Przez lata parania się
wróżeniem z kart Tarota, przywykłam co prawda do najdziwniejszych nawet
pytań i próśb, ale mimo to za każdym razem, kiedy zderzam się z ludzką
bezradnością wobec życia mam, ochotę prostować ścieżki zagubionych dusz
choćby i na siłę.

Prawdę powiedziawszy lubię powtarzać, że
przeznaczenie jako takie nie istnieje. Na dobrą sprawę wszystko zależy od
nas, od naszych wyborów życiowych i postanowień. Jeśli czegoś szczerze
pragniemy, nie ma takiej siły, która mogłaby nas powstrzymać przed
osiągnięciem wymarzonego celu. Jedynie w miłości sprawy zwykle mają się
ciut inaczej, bo w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało na raz. Chwała
Bogu, to stare porzekadło nigdy już nie straci na aktualności, bo dzięki
temu zawsze wszyscy mamy jednakowy wybór i szanse. Jako praktykująca
wróżka chcąc nie chcąc dużo muszę myśleć na ten temat. Ludzie często
traktują mnie jak namiastkę psychologa-terapeuty. Dyskrecja i szacunek
muszą więc stanowić moją dewizę – o wyrozumiałości i zrozumieniu nie
wspominając. Ten fach narzuca ogromną odpowiedzialność i ciągłe czuwanie
nad tym do się mówi i do kogo.

Był taki czas w mojej wróżkowej
karierze, kiedy zapraszano mnie na różne imprezy firmowe, roboczo przez
mnie nazywane spędami. Zapewne każda branża ma swój sezon. Dla wróżek
czasem najlepszej prosperity są andrzejki, sylwester, początek i koniec
wakacji. Właśnie wtedy ludzie nabierają największej ochoty, żeby pytać o
swoje życie uczuciowe i zaczynają rozglądać się za książętami na –
niekoniecznie białych – rumakach.

Przez kilka lat z rzędu pewna
duża firma reklamowa zapraszała mnie na swoje firmowe wieczorki w
charakterze oryginalnej rozrywki dla zabawiania gości z zewnątrz. Ponieważ
dobrze płacili, łamałam własne niepisane zasady i przez jeden wieczór z
konieczności zapominałam o jakości na rzecz ilości. Zwykle przychodziło mi
za to płacić zdartym gardłem i obolałą głową.

Właśnie na pierwszej
z takich imprez poznałam niejakiego pana Jana. Wtedy jeszcze oczywiście
nie wiedziałam, że tak ma na imię i w ogóle nie orientowałam się kto on
zacz. Wyglądał na dwudziestopięciolatka, był niewysokim, bardzo szczupłym
szatynem z niebieskimi oczami, roześmianej twarzy i uroczych dołeczkach w
policzkach. Zapamiętałam go jako człowieka sprężynę, bo ciągle pozostawał
w ruchu, tańczył, albo śmigał między stolikami zabawiając rozmową
napotykane na drodze osoby. Utkwił mi w pamięci również dlatego, że nasze
pierwsze spotkanie przypadło na wieczór andrzejkowy i Jaś wiódł prym w
poddawaniu w wątpliwość sensowności mojego wróżenia z cieni rzucanych
przez woskowe figurki.

Co prawda przywykłam do mniej lub bardziej
zakamuflowanej agresji ze strony przestraszonych klientów (szczególnie
mężczyzn upierających się przy swoim sceptycyzmie), ale roześmiany Jan
momentami zdawał się bić rekordy uszczypliwości graniczącej z chamstwem,
więc nie przypadł mi do gustu. Sądziłam zresztą, że z wzajemnością.
Komentarze tyczące mojego fachu, którymi się bardzo głośno dzielił z całą
salą, nie należały do najpochlebniejszych, więc odpłacałam mu pięknym za
nadobne.

Dlatego też naprawdę bardzo się zdziwiłam, kiedy już pod
koniec imprezy zobaczyłam wesołego Jana skulonego, w roli petenta przed
moim wróżbiarskim stolikiem. Już cichy i grzeczny zajął miejsce, by jak
wszyscy przed nim, w napięciu czekać na „wyrok”. Umowa z organizatorami
zwalniała mnie z konieczności długiego zabawiania jednej osoby. Każda z
wróżb trwała więc krótko – takie niezbędne minimum – mówiłam o
najważniejszych sprawach i grzecznie, szerokim uśmiechem żegnałam
zazwyczaj uszczęśliwioną osobę. Z Jasiem ten plan nie wypalił. Rozłożyłam
dla niego karty i długo w nie patrzyłam.

- Właściwie co pana
najbardziej interesuje? – spytałam skołowana rozkładem, jaki przede mną
leżał.
- No wszystko… chyba jak każdego. A co mi może pani
powiedzieć? – odpowiedział dokładnie w ten sam sposób, co wszyscy inni
przed nim.

Westchnęłam więc w duchu i zaczęłam mu pokrótce opowiadać o
pracy, pieniądzach, karierze, potem znowu o pracy, odrobinę o zdrowiu i
znowu o pracy. Wszystko, żeby obejść szerokim łukiem temat uczuć.
Oczywiście długo się tak nie dało. Jaś był wszak inteligentnym
człowiekiem, pracownikiem wielkiego konsorcjum, kierownikiem działu jak
się potem dowiedziałam.

- A dlaczego nic pani nie mówi o miłości?
Pieniądze mam, nie interesują mnie – przerwał mi w końcu, zmęczony
monotonią obranej przeze mnie tematyki.
- Co konkretnie chciałby pan
wiedzieć? – spróbowałam grać na zwłokę. Miałam cichą nadzieję, że spyta
„czy ona mnie kocha?” albo „czy będziemy szczęśliwi?” lub
chociaż „ile będziemy mieć dzieci?” To jakoś ukierunkowałoby moje
odpowiedzi, dałoby czas na wybadanie gruntu. Zawartość kart mocno mnie
frapowała, a nie wiedziałam do jakiego stopnia mogę sobie pozwolić na
szczerość. Nie każdy jest gotów do przyjęcia prawdy o sobie, wróżąc zawsze
staram się o tym pamiętać i każde słowo traktować jak spacer po kruchym
lodzie.

- No, czy będę szczęśliwy, ile będę miał dzieci, jak mi
się ułoży? Wie pani, takie tam… – uśmiechnął się rozbrajająco dzięki
czemu w całej okazałości mogłam zobaczyć dołeczki w jego policzkach.
Bezradność z jaką na mnie patrzył spowodowała, że resztki mojej do niego
antypatii ulotniły się bez śladu.

- Rozumiem. Tak. Miłość powiada
pan… – westchnęłam tym razem na głos.

Zaczęłam ostrożnie,
chciałam zbadać grunt. W jego kartach była tylko jedna kobieta, ale mówiąc
żargonem wróżkowym, odwrócona tyłem, czyli na wylocie z jego życia, tym
bardziej, że przy niej był już inny fatygant. Poza tym wszelkie karty
namiętności, miłości, przywiązania skupiały się wokół mężczyzny. Był to
tak czysty, klarowny układ kart – nie pozostawiający kompletnie żadnych
wątpliwości co do przyszłego sensu relacji między Jasiem, a jego panem
„Przeznaczaniem” – że aż zapierało dech w piersiach.

Nie mogłam
jednak tak z grubej rury wystrzelić: „spotka pan faceta swojego życia i
będziecie żyli szczęśliwie jeśli oczywiście nie ma pan nic przeciwko
temu.”
Po pierwsze zawsze mogłam się mylić co do kart, jestem wszak
człowiekiem, a nie Panem Bogiem. Po drugie Jaś mógł sobie nie życzyć
mówienia z obcą kobietą na temat tak dalece osobistych spraw. Tym
bardziej, że przez cały czas powtarzał, że traktuje naszą rozmowę jak
zabawę, więc nie było sensu tego zmieniać na siłę. Po trzecie – i jak się
potem okazało słuszne – kierownik Jaś mógł jeszcze nawet nie przeczuwać,
nie wiedzieć, że takiej właśnie przyszłości gdzieś w głębi serca pragnie.


Dobre pół godziny zajęła mi rozmowa z nim. Był to rekord tamtego
wieczoru. Bardzo delikatnie próbowałam mu dać do zrozumienia, że jeśli nie
zacznie pracować nad swoim obecnym związkiem, może utracić ukochaną
kobietę. Jaś tylko mnie wyśmiał machając szeroką obrączką przed wróżkowym
nosem. Zaanonsował mi, że właśnie parę miesięcy wcześniej się ożenił, jest
szczęśliwy, żona spodziewa się dziecka, wszystko jest super, a ja jestem
słaba w przepowiedniach.

Wróciliśmy więc jeszcze do tematu pracy,
ale rozmowa się już nie kleiła. Bąknęłam więc już raczej nieśmiało, że
jakiś facet pomoże mu zmienić coś w życiu, że popchnie jego karierę
zawodową na nowe tory, być może nawet dzięki tej znajomości uda mu się
zmienić miejsce pracy na lepsze. Niemal bojaźliwym szeptem dodałam jeszcze
na koniec – tylko gwoli wyjaśnienia – że ów facet będzie go darzył więcej
niż przyjaźnią. Chciałam, aby zabrzmiało to jedynie jak swoista
ciekawostka, wszak jeśli zabawa, to zabawa. Skoro Jaś był tak niezwykle
szczęśliwym żonkosiem, nic nie powinno go być w stanie wytrącić z
równowagi emocjonalnej, a przynajmniej nie temat jakiegoś obcego faceta.


Nagle jednak, ku mojemu niepomiernemu zdziwieniu kierownik Jan –
który właśnie się zbierał do odejścia – znowu przysiadł na zydelku i z
aktywnym zainteresowanej poprosił mnie o więcej informacji. I tak oto,
zostałam dokładnie wypytana o wygląd domniemanego faceta, jego
przypuszczalny wiek, rodzaj pracy, którą się para i o intencje przejawiane
w stosunku do Jana.

Powiedziałam, co wiedziałam i z hukiem
zatrzasnęłam talię kart w drewnianym pudełku. Jan znowu rozpromieniony
rzucił mi uśmiech na pożegnanie i ulotnił się niczym poranna mgła. A ja
opadłam bez sił na ławę, żeby ostatecznie stwierdzić, że mam dość i
zamykam kantorek. Zapomniałabym o całym zdarzeniu gdyby nie klientki,
które od czasu do czasu do mnie zaglądały, również i z tamtej firmy.
Wpadając na Tarota, przynosiły ploteczki prosto ze świata wielkiego
businessu. Tak właśnie z czasem dowiedziałam się, że Jan był kierownikiem,
że rozstał się z żoną, która niedługo przed porodem przyznała mu się, że
dziecko nie jest jego i że w związku z tym chce rozwodu. Wyglądało na to,
że nowy rok nie był dla Jana najlepszy.

Nie dochodziły mnie jednak
żadne słuchy tyczące w jakikolwiek sposób tajemniczego mężczyzny z kart.
Doszłam więc ostatecznie do wniosku, że najprawdopodobniej dopuściłam się
nadinterpretacji, albo uległam jakiejś autosugestii w przypadku tego
klienta. Pogodziłam się też z faktem, że moja babska ciekawość nie
zostanie być może już nigdy zaspokojona. Minął kolejny rok, Jaś rozwiódł
się, nadal był kierownikiem i pracował w tej samej firmie. Jego oczywiście
jak najbardziej życzliwe koleżanki z pracy – ustawiające się już w kolejce
do zajęcia wakatu po żonie – w miarę regularnie donosiły mi nowe dane na
temat kawalera z odzysku.

Przyszły następne andrzejki, następna
impreza firmowa ze mną w roli atrakcji wieczoru i rozweselacza w jednej
osobie. Znowu przyszło mi zabawiać dyrektorów i ich sekretarki. Pojawił
się też nie kto inny, ale kierownik Jan. Nadal roześmiany, z tymi samymi
dołeczkami w policzkach wyglądał kwitnąco. Nie było po nim znać ani
zawodu, ani frustracji, ani „żałoby” po utraconej żonce. Nie powiedział
również „miała pani rację”. Po prostu usiadł przy stoliku, tym razem jako
jeden z pierwszych i upewniwszy się czy nikt nie podsłuchuje, poczekał aż
rozłożę karty.

- Myśli pani, że on mnie naprawdę kocha? – spytał
prosto z mostu, kiedy nasze spojrzenia się spotkały. Kompletnie zaskoczona
jego bezpośredniością, chwilę milczałam.
- Z kart wynika, że tak. Już
w zeszłym roku kochał pana – wykrztusiłam wreszcie.

Żadne z nas
nie musiało nic tłumaczyć. Nie było to również nieme porozumienie, bo
rozmawialiśmy dłuższą chwilę. W kilku zdaniach opowiedział mi jak bardzo
mu ciężko, ile go kosztuje udawanie w pracy i że planuje przejście do
konkurencji, gdzie pracuje jego nowy facet. Przyznał też, że rok wcześniej
nie uwierzył w ani jedno moje słowo. Dopiero kiedy żona go odprawiła z
kwitkiem, a stary przyjaciel niemal w tym samym czasie przyznał się, że
jest gejem i że od lat podkochuje się w nim, coś – jak to określił –
„zapiszczało dzwonkiem alarmowym” w jego głowie, że chyba wróżka
próbowała mu to wszystko przepowiedzieć, ale sobie nie dał.

Żona
pożegnała go słowami, że nie będzie marnowała życia dla gościa z
pedalstwem wypisanym na czole i że na ślub zgodziła się tylko ze względu
na rodziców. On sam miał za sobą oczywiście drobne doświadczenia z
facetami, ale sądził, że to przejściowe jak grypa. Stało się inaczej.


Znowu w kartach wyszedł mu ten sam facet i ta sama miłość. Biorąc
pod uwagę, że od pół roku mieszkali razem i stanowili zadeklarowaną parę,
rokowania na przyszłość nie były złe. Mariusz, jego partner pomagał mu się
uporać z rodziną, podziałem majątku, z eks żoną i jej nieuzasadnionymi
żądaniami oraz z zaakceptowaniem nowego stylu życia, czyli polubieniem
siebie od nowa.

Jan jeszcze dwa razy był u mnie, oczywiście już
prywatnie. W starej pracy nikt chyba do tej pory nie wie, że kierownik
był/jest gejem. Moje klientki nadal wzdychają na wspomnienie o jego
sławnych dołeczkach w policzkach. A on pracując już dla konkurencji
pochłonięty jest zupełnie nowym – chyba lepszym – życiem.


Właściwie zawsze, kiedy wspominam perypetie wesołego kierownika
Jana, dochodzę do tego samego wniosku. To nie karty nam organizują
przyszłość, ale nasze poczynania i pragnienia odbijają się echem w
kolorowych obrazkach rozrzucanych na stole przez tę, czy inną wróżkę.
Dlatego warto pamiętać, że los leży w naszych rękach. Czy wierzy się we
wróżki i ich karty, czy nie, tylko od nas zależy, czy lepsze życie stanie
się również i naszym udziałem, bo nawet z najtrudniejszej sytuacji można
znaleźć wyjście. Siły zawsze należy szukać w sobie, a nie gdzieś daleko na
zewnątrz.

Autorzy:

zdjęcie Szara

Szara

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 5; nazwa: Szara




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa