Anielica w mokasynach

Są płyty, są wykonawcy, są głosy, które w jakiś wyjątkowy, podprogowy sposób szczególnie podobają się lesbijkom i gejom. Artyści tworzący współczesną muzykę popularną, którzy niezamierzenie stają się idolami w środowisku homoseksualistów.

Tytuły „gejowskich” albumów można wymieniać i wymieniać – każdy ma swoje typy, ale prezentowany tu spis ubiega się o miano uniwersalnego – niezależnie ile ma się lat i gdzie mieszka – te płyty uwodzą absolutnie wszystkich.



Na pierwszy ogień idzie perłogłosa Tori Amos. Kojarząca się z rudowłosą wieśniaczką z południa USA, wycięta z teledysku „Cornflake Girl”, w krótkim czasie stała się megagwiazdą, symbolem kobiecego zaangażowanego rocka, gdzie chwycenie za gitarę, wskoczenie za fortepian i anielski śpiew to za mało. Brakowałoby bowiem oryginalnych tekstów i bezkompromisowej osobowości Tori.



Po świetnym „Strange Little Girls”, albumie docenionym przez fanów i krytyków (nominacje do Grammy), nagrała kolejną, zupełnie inną, a siódmą w dorobku, płytę – „Scarlet’s Walk”, która już w momencie wydania miała swoją własną legendę. Na internetowych stronach wokalistki przebrzmiewa ton ekstatycznych pochwał, typu: „to po prostu arcydzieło… słuchając tego utworku przezywa się cos w rodzaju orgazmu duchowego”, czy „Nie da się tego opisać słowami. Trzeba włożyć do odtwarzacza i zakochać się w tym wszystkim”.



Po włożeniu do odtwarzacza Tori rzeczywiście chwyta za serce, ale po pierwszym przesłuchaniu wśród utworów znajdujących się na płycie nie widać kandydatów na medialne hity. I tak jest w rzeczywistości – w kampanii reklamowej albumu nie stawiano na wpadające w ucho melodie, lecz na obraz (przypomnieć tylko klip z gościnnym występem Adriena Brody’ego). Muzyka przedstawia podróż po Stanach Zjednoczonych, ale powiedzieć należałoby „po Ameryce” – tej swojskiej, prawdziwej – Ameryce nie kończących się szos, kowbojów w butach ze skóry aligatora i kasyn. Ta Ameryka, zwana od dawien dawna Matką, pokazuje czasem swe niechciane oblicze, ciemnego nacjonalizmu i kultu tępej siły. Po tym świecie podróżuje Amerykanka – Tori i śpiewa. I to jak śpiewa! Chwyta za jaja (jajniki) i już nie puszcza. Tori jest bowiem jedną z tych wokalistek, które przekonują, a „Scarlet’s Walk” to jeden z tych albumów, które wraz z upływaniem czasu zna się coraz lepiej i coraz bardziej się je docenia.



„Podróż Scarlet” trwa prawie rok i w miarę upływu czasu przestaje się liczyć jej cel, ważna staje się sama Ameryka, jej mieszkańcy z przeszłości i ci z przyszłości. Ameryka utopiona we krwi, Ameryka gorących romansów. Wreszcie Ameryka umierających złudzeń. Jak powiedział jeden z krytyków: „Piękno i zło spacerują w parze w każdej piosence.” – Chociażby w „Crazy”, utworze pełnym osobistej liryki, ale i siły emanującej z dumnej kobiety – nazywanym często najlepszą kompozycją na krążku. Można zapytać, kim jest tytułowa Scarlet, ale autorka da wymijającą odpowiedź: „Scarlet to może ja, może kropla krwi, a może ziemia tego kraju. Nieraz jest nicią, która nas wiąże, przywiązuje do siebie ale która też krępuje nasze ruchy” – mówi Tori.



Amos nagrała płytę drogi, stąd głosy, że przypomina trochę soundtrack. Jednak jest to ścieżka do nieistniejącego filmu, towarzyszy bowiem życiu Scarlet – amerykańskiej everywoman. Tori korzysta z całej palety środków wyrazu – klasyczny śpiew ustępuje miejscami krzykowi, gdzie indziej słychać chrypiący głos kobiety doświadczonej przez życie, jak w balladzie „Pancake”. Niemniej większość piosenek przepełnionych jest niebanalną tkliwością, z czasem dochodzi do eskalacji liryzmu, jak w kulminacyjnym „I Can't See New York”. Tori musiała cierpieć śpiewając ten utwór albo jest doskonałą artystką, co i tak na jedno wychodzi.

„Płyta opowiada pewną historię. Część jej opowiedziana jest z drobnymi szczegółami, podczas gdy inna część jest już do dowolnej interpretacji. Usłyszycie to, co będziecie chcieli usłyszeć” – stwierdza Amos. Album, w którym można się zatracić, idealny do miłości (długi!!!), do refleksji. Jedna z fanek na internetowym forum poleciła nawet słuchanie „Scarlet’s Walk” w wannie. Zatem nic nam nie pozostaje, jak puścić Tori Amos i uprawiać refleksyjną miłość w wannie.

Autorzy:

zdjęcie Asura

Asura

autor zmigrowany z php-nuke – ID: 9; nazwa: Asura

1 komentarz do: Anielica w mokasynach

  • Marcin

    [Re: Anielica w mokasynach]

    a za tą „recenzję” ( w przeciwieństwie artykułu o Moloko) to mogę tylko autorowi pogratulować, posłać buziaka i zgodzić się z każdym słowem… nawet z pointą (kiedyś już wypróbowane :D ).
    pozdrawiam




Skomentuj

  

  

  

Obraz CAPTCHY

*

Możesz używać następujących tagów HTML

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Pamiętaj: zamieszczając komentarze akceptujesz regulamin

napisz do nas: listy@homiki.pl

Homiki.pl. Czasopismo zarejestrowane w Sądzie Okręgowym Warszawa Praga pod nr 2372 więcej »
Nr ISSN: 1689-7595

Powered by WordPress & Atahualpa